Polska Rzeczpospolita Ludowa. Rekwizyty

Nakład wyczerpany

  • Tytuł oryginalny:

    Polska Rzeczpospolita Ludowa. Rekwizyty

  • Liczba stron:

    160

  • Liczba zdjęć:

    134

  • Format:

    240 x 300 mm

  • ISBN:

    83-87730-98-X

  • EAN:

    9788387730987

  • Oprawa:

    twarda

  • Numer wydania:

    I

  • Rok wydania:

    2004

  • Język:

    polski

Polska Rzeczpospolita Ludowa. Rekwizyty

Chris Niedenthal  (fot.) | Jacek Hugo-Bader  (tekst) | Maciej Buszewicz  (proj. graf.)

 

Chris Niedenthal jest Polakiem z niemieckim nazwiskiem i brytyjskim obywatelstwem. Urodził się w Anglii. Przyjechał do Polski, bo zakochał się w polskiej dziewczynie. Wpadł w 1973 roku na chwilę – można powiedzieć na randkę – a został do dzisiaj. W październiku 1978 roku był pierwszym fotografem, który pojechał do Wadowic.

– To było następnego dnia po wyborze Karola Wojtyły na papieża. Tam poczułem, że na moich oczach dzieje się historia, a mnie los postawił we właściwym miejscu, o właściwym czasie. Zrobiłem zdjęcia, od których wszystko się zaczyna. Nie tylko moja kariera, ale współczesna historia Polski i Europy Wschodniej. Odkąd przyjechałem do kraju zawsze miałem podskórne przeczucie, że Polska kiedyś będzie ważna. Pięć lat czekania miało sens. Czułem, że nabieram wiatru w żagle.

W albumie znalazło się to właśnie zdjęcie i wiele innych fotografii autorstwa Chrisa Niedenthala, powstałych w latach 70. i 80., na których odsłania groteskowe oblicze rzeczywistości PRL-u. Rekwizyty tamtych czasów, portrety ludzi, niepowtarzalne ujęcia, doniosłe wydarzenia historyczne – wszystko, jak w kalejdoskopie przesuwa się na kartach książki. Dowcipnym komentarzem opatrzył fotografie Jacek Hugo-Bader, dziennikarz „Gazety Wyborczej”.

 

 


Chris Niedenthal – fotograf, mistrz fotografii dokumentalnej, autor unikatowych zdjęć z okresu komunizmu. Jest Polakiem, urodził się w Anglii i tam ukończył studia fotograficzne, do Polski przyjechał w latach 70. i pozostał do dziś.


Dziękujemy za dodanie recenzji
+

Marta Tychmanowicz, independent.pl 10-12-2012 01:00

Fenomen Foto Album czyli PRL w obiektywie Chrisa Niedenthala

 

Trafił właśnie do księgarń naprawdę niezwykły album zdjęć z czasów PRL-u. Kolorowe fotografie z życia mieszkańców Polski Ludowej to świetne ujęcia (o dużym ładunku emocjonalnym) „sielskiej”, a czasem i „burzliwej” codzienności w obiektywie wrażliwego i spostrzegawczego fotografa Chrisa Niedenthala. Chris Nidenthal urodził się w Anglii, dokąd jego rodzice wyemigrowali z Polski po wybuchu II Wojny Światowej. Pierwszy raz, odwiedził ojczyznę rodziców latem 1963 roku i od tamtej pory przyjeżdżał co rok, aż w końcu, zafascynowany niezwykłością kraju i urzeczony pięknem Polek (notabene z jedną był się ożenił), został na stałe. Były wczesne lata siedemdziesiąte i emigracja z Zachodu na Wschód wydawała się rzeczą absurdalną. Wielu ludzi uważało wtedy, że coś ze mną nie tak, bo chciałem być w kraju, który tylu próbowało opuścić – jak sam pisze, od razu wiedział, że jego miejsce jest w Polsce, którą pokochał pomimo, a może właśnie z powodu problemów i trudności w jakie wikłał ją komunizm. Obraz socrealistycznej Polski Nidenthal przedstawia poprzez fotografie reportażowe (robione od końca lat sześćdziesiątych do początku lat dziewięćdziesiątych), z wydarzeń politycznych, wydarzeń dnia codziennego, prezentuje tytułowe „rekwizyty” czasów PRL-u. Album prezentuje pełny obraz PRL-owskiej rzeczywistości, gdzie banał i ironia mieszają się z powagą, piękno z brzydotą, smutek ze śmiechem, znak Solidarności ze sznurem cennych rolek papieru, pepegi z Syreną, meblościanka z oddziałami milicji obywatelskiej, Wałęsa z Jaruzelskim oraz z księdzem Popiełuszko… Oglądając album, kartka za kartką towarzyszyły mi coraz to inne uczucia. Nie pamiętam dobrze czasów PRL-u, ale niektóre obrazy nie są mi obce i wywołują dawno zapomniane wrażenia, jak smak wody z sokiem z saturatora czy sklep spożywczy, w którym zupełnie nic nie było, ale przed sklepem stała ogromnie długa kolejka, a ja w niej razem z babcią, licząc na coś spod lady albo że coś rzucą… Przypomina mi się opinia, jakoby wtedy nie można było, co prawda nic kupić, ale wszystko można było załatwić. Patrząc na fotografie Niedenthala przenosiłam się w paranoiczno-satyryczny świat w klimacie filmów Stanisława Barei, żeby znowu po chwili zdać sobie sprawę, że to wszystko było przecież naprawdę. Niedenthal ma niezwykłą wrażliwość oraz wyczucie tematu i sytuacji. Doskonale uchwycił polską mentalność, umiejętność i konieczność funkcjonowania w szarej i trudnej rzeczywistości – walczenia o wolność i odwagę w działaniu, jaką były strajki, ostentacyjna religijność (m.in. zdjęcia z pielgrzymki na Jasną Górę) czy działalność Pomarańczowej Alternatywy. Wspaniałe artystycznie fotografie prezentują piękne krajobrazy polskiej wsi, sytuacje z życia w szarych miastach zdominowanych przez wielkopłytowce oraz przejmujące portrety – szczególnie zapadły mi w pamięć błyszczące oczy Lecha Wałęsy na zdjęciu z roku 1980, zestawione ze zdjęciem zapłakanej narzeczonej hutnika zastrzelonego podczas pacyfikacji strajku w Nowej Hucie. Zdjęcia, uzupełnione komentarzem Jacka Hugo-Badera (czołowego reportera-podróżnika Gazety Wyborczej, autora zbioru reportaży po dawnym ZSRR: W rajskiej dolinie wśród zielska) są nie tylko statycznymi fotograficznymi obrazami, doskonale skomponowanymi, pięknie uchwyconymi w kadrze „odbitkami rzeczywistości”, ale co najważniejsze – opowiadają żywe, emocjonujące historie, zarazem stanowią dla naszej wyobraźni doskonały pretekst do domyślania się reszty, do dopowiadania sobie tamtej Historii.

+

mg, „FotoTapeta” 11-08-2004 01:00

To, co widać

 

O książce Chrisa Niedenthala słyszało się od dawna. Jej uroczysta promocja odbyła się 15 czerwca w Galerii Green na Starym Mieście w Warszawie. Galerię prowadzi Iza Wojciechowska będąca zarówno kuratorem wystawy jak i fotoedytorem albumu. Wernisaż zgromadził bardzo liczną publiczność, autor bowiem jest postacią bardzo znaną i lubianą w Warszawie, nadal czynnie fotografuje, głównie dla pism ilustrowanych. W Klubie Księgarza obok którego mieści się galera odbyła się promocja albumu, fragmenty autora tekstów, Jacka Hugo-Badera, czytała Joanna Szczepkowska. „Rekwizyty” to wybór fotografii z życia codziennego, wykonanych w Polsce z czasów tzw. późnego PRL-u. Chris Niedenthal, urodził się w Anglii, gdzie od czasów wojny mieszkali jego rodzice, uchodźcy wojenni. Przyjechał do Polski w latach 70. po ukończeniu trzyletnich studiów fotograficznych w Londynie. Polska bardzo go zafascynowała. Wspomina: „Od razu wiedziałem, że moje miejsce jest tutaj. Pokochałem Polskę, pomimo, a może właśnie z powodu problemów i trudności w jakie wikłał ją komunizm. Zajmowałem się głównie fotoreportażem, śledziłem wydarzenia polityczne, ale interesowało mnie także życie codzienne. Fascynowało to, co stanowiło o tej, wspomnianej już „inności” Polski. Rejestrowałem przy okazji symbole i rekwizyty PRL-u…” O atrakcyjności tego albumu stanowią przede wszystkim fotografie. Niedenthal zafascynowany został tym co tutaj zobaczył, swoistą odmiennością, egzotyką czy nawet surrealizem sytuacyjnym. Wykorzystał to całą mocą i teraz po latach jego zdjęcia są nie tylko jego własnym spojrzeniem na to co widział, ale również wnikliwym zapisem pewnej rzeczywistości, która zdaje się być coraz odleglejsza. Objaśniający tekst Hugo-Badera jest przeznaczony raczej dla młodszego pokolenia, pomaga mu zrozumieć wydźwięk niektórych zdjęć. Starsi nie mają z tym najmniejszego problemu. Ale są również w albumie zdjęcia, które są ponadczasowe. Zwraca na to uwagę Jerzy Pilch, gdy pisze o tym, że niektóre fotografie z PRLem nie muszą mieć nic wspólnego. „Takich bezwiednie ponadczasowych i z natury rzeczy a-peerelowskich epizodów jest w tych fotografiach więcej. Na przykład co ma wspólnego z Peerelem babka z grabiami zręcznie przez ogrodzenie przeskakująca? […] A dziecko śpiące pośrodku pól w kołysce uczynionej z płachty do noszenia siana, co ono ma wspólnego z Peerelem?” Są także w albumie zdjęcia o znaczeniu symbolicznym, jak choćby fotografia kina Moskwa w Warszawie z billboardem filmu „Czas Apokalipsy” wykonana w pierwszy dzień stanu wojennego opublikowana pierwotnie 28 grudnia 1981 w Newsweeku, a potem w setkach gazet i czasopism. Zdjęcie to stało się nieomal ikoną stanu wojennego, szkoda że w albumie pojawia się nad nim tytuł rozdziału „Bibelot, zabawki, gadżety”. W tym miejscu należy odnotować, że agresywny projekt graficzny bardzo osłabia wymowę albumu. Krzykliwe czerwone liternictwo tytułów, a przede wszystkim zupełnie nieudany pomysł ze stemplowaniem obok (lub wręcz na) fotografii pieczątkami ery PRLu jest niepotrzebne i rozprasza koncentrację. Drugim utrudniającym elementem jest sytuacja gdy jedno zdjęcie umieszczone jest na dwóch stronach. Sposób łamania dopuszczalny może w prasie, ale w albumie staje się zbyt widocznym mankamentem. Wystawa i album Chrisa Niedenthala to kolejny przykład na to że fotografia dotyka rzeczywistości jak mało która dziedzina twórczości. Jest też z reguły tak, że fotografując nie widzimy wszystkiego. Pewne elementy ujawniają się dopiero po czasie i dopiero po czasie nabierają dodatkowych znaczeń i interpretacji. Dlatego tak ważne jest to by takie wystawy i albumy pojawiały się częściej.

+

Jerzy Pilch, „Polityka”, nr 31/2004 (2463) 31-07-2004 01:00

Euforia młodej masarki

 

Siła fotografii Chrisa Niedenthala (album „PRL – Rekwizyty” wydawnictwo Bosz) polega na tym, że są to obrazy znacznie głębsze od Peerelu i nieskończenie uniwersalniejsze od peerelowskich rekwizytów. Czy z tego wynika, że Peerel był krainą głębokich uniwersaliów? Tak. Jak się odrzuci rekwizyty, sztafaże, sezonowe w swej ideologiczności dekoracje, jak w centrum mrocznej fotografii znajdzie się przebijające spod totalitarnych rytuałów światło prawdziwego życia, okaże się, że Peerel był frapującą krainą. Dokładnie mówiąc wszystko, co było pod Peerelem, wszystko, co było peerelowskimi sztandarami, kostiumami, przedmiotami zasypane, było porywające, ponieważ było prawdą. Paradoks Niedenthala i skala jego talentu polega na tym, że chcąc stworzyć galerię przedmiotowych osobliwości dawnego systemu stworzył komiczny, dramatyczny i wyjątkowo mocny obraz życia prawdziwego. Chciał dać jakieś peerelowskie panopticum, a dał zawsze nieskończenie mocniejsze od kontekstów, zwłaszcza od kontekstów politycznych, dzieło sztuki. Od paru tygodni z niesłabnącą fascynacją i rosnącym wzruszeniem kartkuję ten album i znajduję w nim to, co dają mistrzowskie zwierciadła rzeczywistości: wielką pociechę. Nie mówię o prostych pociechach, jakie niesie na przykład obraz wiejskiego muzykanta śpieszącego śladem kolegów z flaszką z tylnej kieszeni spodni jak trzeba sterczącą i jak trzeba czułym spojrzeniem artysty uchwyconą. Nie mówię o dziewczynce jadącej piaszczystą drogą na rowerze damka, jest lato, ona z całych sił naciska pedały, sznurowadło w prawym buciku całkiem się jej rozwiązało i nie tylko to sznurowadło sprawia, że obraz jest jak wielka epifania. Nie mówię nawet o jakby z dzieciństwa wziętej scenie dopinania fury pełnej siana. Komentujący niektóre ujęcia Jacek Hugo-Bader taką (zabawną) daje furze egzegezę: „Zdjęcie z sianokosów nazwaliśmy: Chłop z dużym dyszlem. Zadaniem tego na dole było przerzucenie łańcucha przez drąg i zamocowanie jego końca przy wozie”. Otóż ja też jestem zwolennikiem tezy, że dla dowcipu należy zrobić wszystko, tyle że jak wszystko robi się siłowo, dowcip traci na sile. W tym wypadku ani drąg, ani tym bardziej dyszel (dyszel, twierdzę bez polotu, występuje z przodu wozu) nie ma ani sensu, ani żadnego peerelowskiego zabarwienia. Drąg, a raczej żerdź, która z przodu i z tyłu wozu umocowana łańcuchami tworzy jakby kręgosłup fury siana, nazywa się „pawąz” i nic wspólnego z prowizorkami peerelowskimi nie ma, bo jest, jak samo słowo, na wskroś staropolska. Przynajmniej w moich stronach ta nazwa funkcjonuje do dziś, ja sam nie żaden pożałowania godny przypadkowy „drąg”, a starannie po ciesielsku przysposobiony „pawąz” łańcuchami jak trzeba mocowałem. Odwieczny niepeerelowski to był rytuał, pewnie że w gwarze cieszyńskiej jest obfitość staropolszczyny, że miewa ona całe pasma jakby żywcem z Reja wzięte, ale ta wyjątkowość argumentację moją wzmacnia. Takich zresztą bezwiednie ponadczasowych i z natury rzeczy a-peerelowskich epizodów jest w tych fotografiach więcej. Na przykład co ma wspólnego z Peerelem babka z grabiami zręcznie przez ogrodzenie przeskakująca? Trampki na nogach? Wolne żarty. Ona jest w pośpiechu, bo wiekuisty trud pracy w polu ją czeka, a jakby ją o Peerel, a specjalnie o Peerel w jej życiu zagadnąć, niechybnie by pokazała, że grabiami, co je dzierży w dłoniach – można także młócić. A dziecko śpiące pośrodku pól w kołysce uczynionej z płachty do noszenia siana, co ono ma wspólnego z Peerelem? Oczywiście czas tego obrazu to jest czas Peerelu, dziecko śpi w polu pewnie za Gomułki, ale tego na obrazie nie ma, przeciwnie wymowa jest taka, że Peerel nic nie zdziałał, bo w traktowaniu niemowląt nic się nie zmieniło od czasów Orzeszkowej. (Nawiasem mówiąc płachta, w której śpi dziecko, to jest na Śląsku Cieszyńskim „dzichta”, w „dzichcie” narzuconej na plecy nosiło się „becok” siana, tu jednak starożytności słów nie jestem pewien, w końcu „dzichta” to nie „pawąz”). Albo weźmy parę sfotografowaną na basenie, od biedy można przyjąć, że ona ma na sobie peerelowski kostium kąpielowy, a on reżymowe slipy. Od biedy można przyjąć, że on pełniący, jak głosi napis na majtkach, zaszczytne stanowisko ratownika jest funkcjonariuszem systemu, a ona zapewne nałożnicą funkcjonariusza, od biedy można tak przyjąć, ale pytam – po co? Całkiem co innego i o wiele starszego od Manifestu Lipcowego ma znaczenie w obrazie tej młodości. Nie mówię zatem o takich wyjątkach, a z całą brawurą wchodzę w sedno Peerelu, wchodzę mianowicie do sklepu mięsnego, a nawet głębiej jeszcze w Peerel śladami fotografa dążę, do peerelowskiej mianowicie na stronie 87 rzeźni włażę. Tu już nie da się powiedzieć, że nic się od XIX stulecia nie zmieniło, tu realny socjalizm występuje w pełnej krasie, tak makabryczne, tak od brudu i zwierzęcej krwi posztywniałe chałaty były w dziejach ludzkości możliwe tylko w Układzie Warszawskim. Ale spojrzenie, ale twarz, ale mina upodlonej służbowym uniformem pracownicy jasno dowodzi, że w najmniejszym stopniu upodlona ona nie jest! Pogoda ducha, pełna nadziei rezolutność, swoista nawet euforia – słowem światło prawdziwego życia i w peerelowskiej masarni świeci. Ach oczywiście nie twierdzę, że w Peerelu młode masarki, a specjalnie ekspedientki w sklepach mięsnych, to była jakaś obdarzona specjalnie radosnym instynktem pogodna nacja, która nawet pracując w tak frontowych warunkach i na tak saperskich stanowiskach ocalała godność i siała optymizm. Twierdzę jedynie, że Chris Niedenthal potrafi nawet peerelowską rzeźnię sfotografować tak, że daje człowiekowi głęboką, bo nie wynikającą z łatwej karykatury, uciechę. Tak jak najlepiej piszą ci, co potrafią napisać więcej niż wiedzą, tak też najlepiej fotografują ci, którzy uwieczniają więcej niż widzą. Ze specjalną uwagą zatrzymuję się na tych obrazach autora, które można nazwać studiami samotności. Samotna staruszka nie nadążająca za pielgrzymką, samotny mężczyzna palący papierosa albo ten drugi samotnie pijący piwo w opustoszałym kawiarnianym ogródku. Martwa ściana mrówkowca. Czyjś samotny i bezsilny ze zmęczenia sen. Chłopak z bukietem w ręku, stojący pod blaszanym parkanem, zamknięte ma z rozpaczy oczy, kwiaty zaraz wylądują w koszu, widać wręcz spazm przeszywającego całe ciało bólu – z najlepszymi obrazami Hoppera można to zdjęcie porównywać. Niczego nie sugeruję i nie podpowiadam, ale album Niedenthala zatytułowany „Samotność” obejrzałbym chętnie, choć nie bez podstawowych, własnych lęków.

+

(PD), „Magazyn Literacki »Książk«” nr 7/2004 (94), lipiec 2004, str. 59 10-07-2004 01:00

Trzeba mieć dużo odwagi, aby tak nazwać album fotograficzny, sugerując odbiorcy, że otrzyma sumę znaczeń i obrazów dla dziejów kraju i narodu na przestrzeni prawie pół wieku. Ale efekt potwierdza, że autorzy mieli prawo do takiego tytułu. Wprawdzie nie jest to historia całego PRL-u, a poziom zapisu nie jest równy przez cały okres, gdyż autor zdjęć pojawił się w Polsce po raz pierwszy dopiero w roku 1963, aby osiąść u nas na stałe po dziesięciu latach, a jego talent wyraźnie – co widać w albumie – rozwijał się z upływem czasu, aby osiągnąć apogeum w momencie wprowadzenia stanu wojennego, co zaowocowało jego najsłynniejszym zdjęciem skota czyli transportera opancerzonego przed warszawskim kinem Moskwa, na którym wisiała wówczas reklama filmu „Czas apokalipsy”. Prawie równoważnym elementem albumu są komentarze do zdjęć i do minionego czasu, zapamiętane najbardziej znaczące, a czasem i dotkliwe wspomnienia z czasów, które mamy wszyscy – na szczęście – za sobą, pomimo, że dla wielu były to lata młodości, często idealizowane po latach. Pomimo niezwykłej wrażliwości autora zdjęć na szczegół i umiejętność jego wydobycia, wydaje się, że najbardziej przejmujące są fotografie zbiorowe, których ukoronowaniem może być na pierwszy rzut oka całkiem nieciekawe ujęcie kompletnie odrealnionej ściany ogromnego bloku, który może stać na warszawskich Stegnach, a może też na wielu innych osiedlach – sypialniach rozsianych po Polsce. Pojawienie się albumu jest może też dowodem, że nadszedł już czas do spojrzenia na PRL z pewnego dystansu i dokonania może jeszcze nie obiektywnych, ale chociaż wyważonych ocen. I dla takiej dyskusji publikacja daje wiele argumentów, a czasem i dowodów, jak to naprawdę było.

+

Ryszard Kapuściński, „Gazeta Wyborcza” 15-06-2004 01:00

Ukazał się świetny album Chrisa Niedenthala, który sfotografował Polskę Ludową

 

To wydarzenie ważne, którego znaczenie można rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, dokumentacyjnej – w serii świetnie zrobionych zdjęć – scen rodzajowych, autor pokazuje nam obraz rzeczywistości PRL-u, epoki tzw. rozwiniętego socjalizmu (trzy dziesięciolecia – lata 60., do końca lat 80.).

 

Żyliśmy w czasach ironicznych

 

W konfrontacji między oficjalnym językiem propagandy, z którego pochodzi pojęcie „rozwinięty”, a ubogimi realiami i rekwizytami tamtej epoki zawarty jest ogromny ładunek gorzkiej, a czasem wręcz zjadliwej ironii, co tylko raz jeszcze potwierdza naocznie fakt, i właśnie o tym mówią fotografie Niedenthala, że żyliśmy wówczas w czasach istotnie ironicznych. Ta dokumentacyjna strona albumu jest tym bardziej cenna, że nasz czas obecny pędzi z wielką prędkością, zmiany następują po sobie szybko, pejzaże życia przekształcają się momentalnie i gruntownie, co sprawia, że mamy krótką pamięć, że cierpimy na chroniczną amnezję, że zaciera nam się i rozmywa obraz nawet tego, co było dosłownie wczoraj. Cóż dopiero mówić o młodym pokoleniu, które tamtą epokę zna co najwyżej ze słyszenia. Otóż Chris Niedenthal (a sekunduje mu w tym dzielnie Jacek Hugo-Bader, autor tekstu), utrwalając tamte lata, chce je zachować w naszej pamięci żywymi, takimi, jakimi były w istocie. Tak, pamięć jest krucha, zawodzi i deformuje, a tam, gdzie zostawia białe plamy, natychmiast wciskają się fałszujące rzeczywistość stereotypy. Ale autorowi nie chodzi tu o chłodną, archiwalną, kolekcjonerską dokumentację. Przeciwnie – chce dać obraz żywy i dynamiczny, chce pokazać historię, która się aktualnie dzieje. Jego postacie żyją – dziewczynka jedzie na rowerze, pielgrzymi idą do Częstochowy, młodzi pokazują swoje dorodne ciała, a babcia, najwyraźniej znudzona – ziewa. Dzięki tej reporterskiej pasji utrwalania człowieka w ruchu, człowieka – istoty czującej, odczuwającej i dającej temu – mimiką twarzy czy gestami rąk – ciągły wyraz, otrzymujemy nie schemat ideologiczny, ale relację ze świata, który – choć pokręcony i siermiężny, ale przecież autentycznie był.

 

Syrenki i SHL-ki

 

Po drugie – szczególna wartość albumu to przypomnienie w warstwie obrazowej i słownej owych tytułowych rekwizytów epoki – całego zbioru artefaktów, których wspólną cechą była ich zgrzebność, monotonia, nieraz wprost – pokraczność. Prym wiodą tu nieszczęsne, perkocące syrenki, hałaśliwe SHL-ki, brudne fartuchy, niechlujne targowiska i puste sklepy, girlandy papieru toaletowego i nylonowe krawaty, trzęsące „balony”, kolekcje „utrwalaczy” i „Czarów PGR-u”. Kto znał ówczesny Związek Radziecki, widział i wiedział, że owa szarzyzna i powszechny niedostatek były najlepszym przykładem i dowodem sowietyzacji naszego życia, gustu i obyczaju.

 

Z tej kapusty będzie zupa

 

A teraz krótko – problem czytelności przedmiotów-symboli. Niedenthal często fotografuje drobiazgi, detale, aby poprzez ich wygląd, ich banał i marność pokazać nam tamtą rzeczywistość. Czy jednak potrafimy dziś prawidłowo odczytać jego zamysł? Np. na jednym ze zdjęć widzimy człowieka pokazującego główkę kapusty. Dziś powiemy – jakiż to ubogi rekwizyt ta główka! Ale my – dzieci wojny i chudych lat powojennych – wiemy, że dostępność, a nawet sam widok takiej główki mógł napawać zadowoleniem i nadzieją – z tej kapusty można było ugotować sagan pożywnej, pachnącej i gorącej zupy, która by na jakiś czas zaspokajała nieznośny głód. Po trzecie – i to warte jest najwyższej pochwały – systemowa sztywność ówczesnej rzeczywistości nigdy nie przysłania Niedenthalowi człowieka, świadka i uczestnika epoki, który w każdych warunkach potrafi okazać zaradność, znaleźć dla siebie coś dobrego, uśmiechnąć się – to o tym właśnie mówi świetna galeria portretów znajdująca się w albumie i będąca jego mocną stroną. Po czwarte wreszcie, album Chrisa Niedenthala dokumentuje, jak w ówczesnym społeczeństwie polskim budzi się opór przeciw nigdy nieakceptowanej rzeczywistości, przeciw ustrojowi zniewolenia i poniżenia. To sceny ze strajków i manifestacji, starć z milicją i obrony zakładów pracy, symbolicznej obrony niezależności. Obrazy to mocne i dynamiczne, wymowne dowody nieustępliwości i determinacji. Mówiąc o merytorycznej treści tego niezwykłego albumu, niechże nie ujdzie naszej uwagi szczególna wartość artystyczna tych fotografii. Bo są tu prawdziwie malarskie obrazy – takie, co mają krajobraz w tle, i takie, które są martwą naturą. I choć wyraźnie przeważają zdjęcia grupowe, obyczajowe, socjologizujące, mnie najbardziej utkwiła w pamięci fotografia mężczyzny z wiązanką kwiatów, w której tyle przejmującego i głębokiego nastroju i wspaniała twarz dziewczyny zza szyby autobusu – portret godny pędzla wielkiego Sierowa.

Tytuły powiązane:

Dwór polski w starej fotografii

Teresa Bałuk-Ulewiczowa

2007

Dwór polski w starej fotografii. Wybór najciekawszych zdjęć

Tadeusz Nuckowski

2012

Fotografie z PRL-u

Jan Morek

2010

Kraków. Fotografie z dawnych lat

Jacek Purchla

2006

Poland in Old Photographs

Janusz Tazbir

2005

Polska w starej fotografii

Janusz Tazbir

2005

Polska w starej fotografii. Wybór najciekawszych zdjęć

Daria Nałęcz

2012

Warszawa w starej fotografii

Olgierd Budrewicz

2012

aktualności

Anna Szałapak

Z głębokim smutkiem przyjęliśmy informację o śmierci Anny Szałapak, wybitnej artystki krakowskiej, solistki „Piwnicy Pod...

> więcej

Zapowiedzi zobacz wszystkie

„Domowe dania wigilijne i świąteczne” to zbiór 25 tradycyjnych przepisów świątecznych potraw, które może...

> więcej

Tradycja wytwarzania nalewek i likierów praktykowana jest na ziemiach polskich od stuleci. Domowe nalewki i likiery to książka z...

> więcej

«powrót