Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej

Cena:

59.90 zł

Przeglądaj książkę
  • Liczba stron:

    336

  • Liczba zdjęć:

    243

  • Format:

    165 x 235 mm

  • ISBN:

    978-83-7576-231-0

  • EAN:

    9788375762310

  • Numer wydania:

    I

  • Rok wydania:

    2014

  • Język:

    polski

Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej

Krzysztof Łoszewski  (autor) | Michał Piekarski  (proj. graf.)

Najnowsza książka Krzysztofa Łoszewskiego „Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej” to niezwykle ciekawe spojrzenie specjalisty na świat mody męskiej od początków jej istnienia do czasów współczesnych. Znany projektant mody i stylista, autor dwóch bestsellerów: „Dress code’u” i „Smart casual’u”, z charakterystyczną dla siebie lekkością pióra i bezpośredniością przekazu, przemierza kolejne etapy rozwoju mody męskiej, pokazując zarówno jej zmiany, jak i wpływ na dzisiejszy strój mężczyzny i nowoczesną męską modę.

Krzysztof Łoszewski proponuje niecodzienną podróż w czasie: od przepaski na biodrach, przez spektakularne zmiany XIX wieku, po wiek XXI – nie wyłączając wpływu kina niemego, jazzu i prohibicji międzywojnia, szalonej rewolucji popkulturowej w rytmie rock’n’roll lat 50., inwazji koloru lat 60., karuzeli trendów lat 70., oraz narodzin kreatorów mody ostatnich dekad. Autor z sukcesem poszukuje pośrednich i bezpośrednich zależności społeczno-kulturowych w kolejno nadchodzących inspiracjach modowych w Polsce i na świecie. Wyjaśnia między innymi, kiedy i dlaczego mężczyźni zamienili spódnice na spodnie, chusty na krawaty, frak na garnitur, a także dlaczego zrezygnowali z pończoch, peruk i koronek.

Książka ta nie jest typowym wykładem historycznym – jest opowieścią o tym, co prowokowało zmiany, intrygowało, co było i jest modne! 

 

Zapraszamy do lektury!


Patroni medialni:

Krzysztof Łoszewski – projektant mody, stylista. Był m.in.  projektantem-stylistą w belgijskiej firmie „Olivier Strelli”, współwłaścicielem i projektantem firmy „K. Kolberger”, dyrektorem artystycznym firmy „Deni Cler”. W tym czasie rozpoczął zajęcia dotyczące tzw. dress codu, m.in. w kancelariach prawniczych, Akademii Dyplomatycznej Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, z członkami zarządów polskich banków. Jest jednym z najbardziej rozpoznawanych polskich stylistów, pisze felietony dotyczące mody męskiej dla miesięcznika „Men’s Health”. Od lat współpracuje z filmem i teatrem projektując kostiumy. Autor książek „Dress code” oraz „Smart casual”.

Dziękujemy za dodanie recenzji
+

Portal popmoderna.pl 26-03-2015 15:00

Na polskim rynku od dawna zauważalny był brak popularyzatorskiej książki o historii męskiej mody. Owszem, istnieją poradniki, niektóre bardzo dobre, jak publikacja Michała Kędziory. Mamy też wielkie tomy o dziejach ubioru w ogóle, ale ich autorzy koncentrowali się przeważnie na sukniach dam z wyższych sfer. Mało kto pisał o ubiorze warstw niższych, a już prawie wszyscy traktowali po macoszemu mężczyzn, jak gdybyśmy od wieków chodzili w tym samym garniturze z ciemnej wełny. Krzysztof Łoszewski w pewnej mierze naprawia błędy poprzedników, unaoczniając zmienność i różnorodność ubioru noszonego przez tak zwaną płeć brzydką.

Wkrótce po transformacji, gdy w Polsce pojawiły się zachodnie butiki regularnie wymieniające asortyment (przynajmniej dwa razy w roku), nastąpiła zasadnicza zmiana w naszej kulturze stroju. Otóż część mężczyzn zaczęła podążać za modą, której okres przydatności do użycia liczony był już nie w dekadach, a w miesiącach. Oczywiście zdrowy rdzeń narodu pozostał na te nowinki obojętny, uznając, że prawdziwemu mężczyźnie przystoi, zależnie od wieku, postkomunistyczna szarzyzna lub odzież sportowa. Pisząc o odzieży sportowej mam na myśli, rzecz jasna, nie garnitur nieformalny, który w wiktoriańskiej Anglii był za takową uznawany, ale dresy – i to bynajmniej nie szare.

Kiedy dotarł do nas model mężczyzny metroseksualnego, dało się słyszeć biadania nad zniewieścieniem populacji wielkomiejskiej. Jak udowadnia Łoszewski – projektant, stylista, znawca dress code – nawet jeśli współcześni panowie poświęcają sporo czasu na dbanie o własny wygląd, wciąż daleko im do stanu z XVII wieku, kiedy tak zwana toaleta zajmowała arystokratom czwartą część doby. Zresztą i warstwy niższe wykazywały się w kwestii stylu daleko idącą innowacyjnością i to nie tylko, jak sądzi wielu, zmierzającą ku rozwiązaniom o jasno określonej funkcjonalności. Wspaniałym dowodem są dumnie sterczące w kroku „sakiewki”, widoczne na obrazie Pietera Bruegla Starszego, reprodukowanym w książce. Czyli to nie baletmistrze pierwsi wpadli na ten pomysł!

Publicystyczny punkt wyjścia został zaznaczony już w tytule, będącym prztyczkiem dla tych, którzy oczekują jasnego podziału na kroje męskie i kobiece i gubią się przy każdej wizycie w Zarze lub H&M. Pierwszy rozdział książki Łoszewskiego pokazuje, że spódnice, przepaski biodrowe, tuniki, suknie, falbanki, koronki, biżuteria i okrycia do złudzenia przypominające leginsy były noszone przez mężczyzn wiele wieków przed epoką uniseksu.

Przykłady nie są jednak podporządkowane tezie o odwiecznym zniewieścieniu. Nie brak wśród reprodukcji przedstawień brodatych władców w ciężkich zbrojach, z bronią u boku, albo odzianych w skromne, czarne kaftany. Bo przecież na długo przed Karlem Lagerfeldem włoski humanista Baltazar Castiglione pisał, że ten właśnie kolor, jak żaden inny, dodaje ubiorowi dostojeństwa. Z demonstrowanych przez Łoszewskiego ilustracji można wywieść wniosek o zdumiewającej trwałości (a przynajmniej o ciągłym powracaniu) niektórych trendów w męskiej modzie. Na samym początku książki umieszczone zostało zdjęcie niezwykłego eksponatu z epoki brązu – znalezionej w duńskim Trindhøj długiej kapoty, która jako żywo przypomina klasyczne płaszcze. Wyraźnie zaznaczone klapy, rozszerzany dół – Łoszewski nie formułuje tej tezy wprost, ale, moim zdaniem, przy odrobinie wyobraźni można dostrzec pokrewieństwo między myślą estetyczną prehistorycznych rzemieślników nordyckich i krawców z Westminsteru.

Streszczanie rozwoju mody od czasów najdawniejszych byłoby zamierzeniem nie tyle karkołomnym, co nierealnym. Łoszewski zamiast tego stara się przedstawić szczególnie barwne przykłady z rozmaitych epok i krajów. Oczekiwałbym jednak nieco innego rozłożenia akcentów. Zrozumiałe, że narracja Łoszewskiego ma charakter wybitnie autorski – zresztą jest bardziej demokratyczna niż w wielu konkurencyjnych publikacjach, a moda mieszczańska znajduje w niej stosunkowo eksponowane miejsce – niemniej historia ubioru chłopstwa została przesadnie zmarginalizowana. Trudno mi ten wybór zrozumieć, biorąc pod uwagę nie tylko dzisiejsze wytwory etnodizajnu, ale przede wszystkim przykłady takie jak tradycyjna rubaszka rosyjska, będąca w minionym stuleciu inspiracją dla wielu projektantów, łącznie z twórcami mundurów Armii Czerwonej. Pominięcie stroju, który w takim stopniu zagnieździł się w zbiorowej wyobraźni, trudno obronić.

Większej systematyczności wywód nabiera w kolejnych rozdziałach, gdy autor przechodzi do omawiania zjawisk dwudziestowiecznych. Wyjątkową wartość mają uwagi na temat przedwojennego stylu Afroamerykanów, okraszone fantastycznymi zdjęciami – z książki Łoszewskiego wyłania się obraz grupy społecznej, która mimo dyskryminacji (a może z jej powodu) wykazywała się szczególną nonszalancją i skłonnością do eksperymentowania. W rezultacie narodził się nie tylko jazz i rock’n’roll, ale też stroje z dzisiejszej perspektywy nieporównanie ciekawsze od uniformu amanta złotej epoki Hollywood.

Pisząc o powojennych dekadach, Łoszewski w interesujący sposób kreśli proces odchodzenia od mieszczańskiej elegancji napędzany przez popkulturę. Jeszcze w latach 50. pojawiają się grupy rockersów, modsów i teddy boys, o których wielu autorów zapomina, choć to właśnie one stworzyły grunt dla nieco młodszych buntowników. W połowie kolejnej dekady The Rolling Stones i inni muzycy próbują łączyć elementy stroju o proweniencji wyraźnie arystokratycznej z ubiorem typowym dla brytyjskich przedmieść robotniczych. Kolejne kroki prowadzą do eksplozji flower power w roku 1967. Opis wpływu szeroko rozumianego ruchu hipisowskiego na wygląd mężczyzn jest pasjonujący – choć nie wybaczę Łoszewskiemu jednej uwagi na temat Jimiego Hendrixa: Czy wiedział, że jego styl [ubioru – Ł.Ł.]był równie ważny, jak jego kompozycje? Bez przesady. Coś takiego byłoby może adekwatne w stosunku do The Who, ale tu mówimy o bogu gitary. All Along the Watchtower robiłoby nie mniejsze wrażenie, gdyby Hendrix nagrał je we włosiennicy.

Od spódnicy do spodnito niewątpliwie pozycja warta uwagi. Mamy wreszcie ciekawe, prowokujące do dyskusji wprowadzenie do historii męskiej mody, nie będące mozolnym wykładem o chronologii poszczególnych zjawisk, ale próbą uchwycenia pasjonujących procesów. To nie jest książka, którą się studiuje, tylko po prostu czyta. Odpowiednio zrównoważono w niej tekst autora i wysokiej klasy ilustracje (które, notabene, musiały wydawcę słono kosztować). Wydaje się jednak, że wywód nie został przez Łoszewskiego odpowiednio przemyślany, niektóre fragmenty, zamiast przekazywać wiedzę, raczej wprowadzają chaos. Poprzednie książki autora – Dress code i Smart casual – słusznie odniosły spory sukces, miały bowiem przejrzystą i nowoczesną strukturę, piękną szatę graficzną, wreszcie trudno było im coś zarzucić pod względem merytorycznym. Tym razem autor podjął się nieporównanie trudniejszego zadania i zrealizował je połowicznie. Co nie oznacza, że osoby zainteresowane modą mają prawo tę publikację pominąć.

http://popmoderna.pl/twoj-pradziad-chodzil-w-leginsach-k-loszewski-od-spodnicy-do-spodni/

+

Monika Zieleniewska, fashonweare.com 03-03-2015 13:15

Po premierze książki Krzysztofa Łoszewskiego „Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej” podczas 11. edycji Fashion Philosophy Fashion Week Poland w Łodzi.

 

Nie lubię przemądrzałych autorów. Megalomańskich tekstów, epatowania wybitną erudycją i niepospolitym talentem. Cenię publikacje, w których autor skupiony na konstruowaniu opowieści, pozwala o sobie zapomnieć.

 

Czytając „Od spódnicy do spodni” o narratora się nie potykałam. Łoszewski snuje wątek, umiejętnie żongluje akcentami, przenosząc uwagę z rysu historycznego na krój spodni, by za moment zająć się popkulturą. Nie jest nudno. Jest przystępnie i potoczyście. Szybko łapiemy rytm opowieści, by z końcem lektury docenić przewrotny koncept z początku – czy aby na pewno „podkreślenie urody człowieka” jest „bardzo banalną” funkcją ubrania...

 

Narrację rozpoczynającą się w epoce brązu, a kończącą na roku 2000, ilustruje bogaty barwny materiał ikonograficzny. Z rozdziału na rozdział moda i książka nabierają rozpędu. Poczynając od lat 40. XX w., autor wprowadza kalendarium, pozwalające przyporządkować zmieniające się trendy konkretnym wydarzeniom historycznym.

 

Moda, wraz z szeroko pojętą sferą kultury, jak lustro odbija ewolucje i rewolucje stanu umysłów, gospodarek czy nastrojów politycznych. Stąd nie zabrakło u Łoszewskiego wyjaśnienia pochodzenia nazwy sankiuloci, czy informacji o niepokojącej pogłosce, iż ciasno związany krawat, powoduje głuchotę. Poznajemy też tajemnicę plerezy, o której śpiewa Maciej Maleńczuk i przepis na asymetryczny look lat 90. Zresztą ciekawostek jest tu tyle, że każdy, nawet obeznany z męską modą czytelnik, znajdzie coś na swoją miarę. No, chyba że akurat prowadzi ekspercki blog...

 

Zawiedzie się natomiast poszukiwacz recepty na idealny strój, definicji dobrego gustu, czy informacji, ile wynosi jedynie słuszna długość marynarki. W zamian autor oferuje refleksyjną opowieść o narodzinach i nieuchronnym odejściu w zapomnienie kolejnych mód i tendencji. Miejsce w pierwszym rzędzie na niegdysiejszych pokazach kolekcji wybitnych kreatorów wraz z delikatną podpowiedzią, na co patrzeć. Rozrywkę nie do końca serio, nie do końca niepoważną.
Drogę przez stulecia prowadzącą od spódnicy do spodni zmienia w zajmującą wycieczkę. Obfitującą w spotkania z czeredą kolorowych ptaków, wystrojonych w aksamit i koronki, prezentujących nogi w jedwabnych pończochach, z marsową miną pod ciężką od loków peruką, stukających wysokimi obcasami.

 
Zbuntowanych młodzieńców w obcisłych T-shirtach, obwieszonych złotem raperów, mężczyzn metro-, uber-, retro- i neoseksualnych. Menażerii, która pobudza każdą otwartą wyobraźnię.

 

„Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej” to trzecia z kolei, po „Dress Code” (2012) i „Smart Casual” (2013), książka Łoszewskiego.

 

http://fashionweare.com/news/1006/jak-sp-dnica-zmieni-a-si-w-spodnie

+

RMF24 03-03-2015 13:12

To modowa podróż w czasie - od przepasek na biodrach, przez koronki, peruki, rockandrollową rewolucję lat 50., czasy hipisów aż po współczesne wybiegi. Właśnie ukazała się książka "Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej" Krzysztofa Łoszewskiego.

http://www.rmf24.pl/foto/zdjecie,iId,1594939,iAId,128776#ad-image-0utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

+

Agata Kiedrowicz, yesismybless.com 03-03-2015 13:05

Przykrótkie spodnie, skórzane mokasyny bez skarpetek, a może spódnica i złote hafty? Męska moda bywa bardziej eksperymentalna, niż nam się wydaje. Wystarczy uruchomić wyobraźnię i poznać zasady, by… modnie je łamać.

Z Krzysztofem Łoszewskim, stylistą, projektantem mody, autorem bestsellerowych książek o modzie męskiej rozmawia redaktor naczelna YES is My Bless Agata Kiedrowicz.

  

To już kolejna, trzecia Pana książka o modzie. Czy trzeba tyle pisać, żeby polscy mężczyźni zaczęli się lepiej ubierać? I co to znaczy – lepiej?

Z trzech moich książek tylko trzecia dotyczy mody. Dwie pierwsze są poradnikami, piszę w nich o zasadach dress code’u oraz o tzw. smart casual. Tłumaczę, jak należy ubierać się w sytuacjach zawodowo-formalnych oraz jak stosownie do pory roku i pory dnia, a także swojej sylwetki, wybierać ubrania, które znajdujemy w sklepach. Oczywiście piszę o fasonach ubrań, o tkaninach i kolorach, o tym jak je łączyć, ale także zadaję pytanie: czy modę należy traktować poważnie. A może nie ?

Często słyszę, że polscy mężczyźni są źle ubrani. Pamiętajmy, że na przykład Włosi lub Francuzi, po zakończeniu wojny uczyli się mody w sposób naturalny. Ona zmieniała się i rozwijała na ich oczach. W Polsce komunistycznej wszystko wymyślaliśmy sami, podglądając i kopiując to, co było modne na zachodzie Europy. Jeszcze niedawno polscy mężczyźni ubierając się popełniali mnóstwo błędów. Dziś ich dzieci mają swój własny styl. Młody Polak jest świadomy tego, jak chce wyglądać. Nie przypadkiem nosi przykrótkie wąskie spodnie, bez skarpetek, do skórzanych butów. Chętnie ubiera się kolorowo. Zamiast krawata do koszuli zakłada muszkę lub wsuwa w kieszonkę marynarki kolorową chusteczkę, tzw. poszetkę. Polski mężczyzna wygląda dziś bez porównania lepiej niż piętnaście lat temu.

  
Męska moda często traktowana jest bardzo zachowawczo. Spodnie i jakaś góra. Pan w książkach inspiruje, rozbudza wyobraźnię, szczególnie ostatnią pozycją o historii mody męskiej.

Każdy z nas traktuje modę, czyli zmieniające się co sześć miesięcy trendy w sposób indywidualny. Mamy w Polsce hipsterów, ale także pracowników dużych korporacji w garniturach, spotykamy na ulicach tzw. fashion victim i artystów w bawełnianych spodniach przypominających dresy, T-shirtach i bejsbolówkach. Kiedyś mieliśmy subkulturę dresiarzy z ogolonymi głowami, co znaczy, że nie jest tak zachowawczo, jakby się wydawało. W ostatniej książce „Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej” piszę o ewolucji. Od mody, którą dyktowała ulica, a nie projektanci, w latach 50. i 60., po kolorowy ruch hippisów, agresywnych punków i lata 80., w których pełną parą ruszyła modowa machina przemysłowa. Interesowało mnie, co wpłynęło na zmiany w stylu ubierania się mężczyzn, co im się podobało i czy to oni decydowali, jak będą się ubierać?
Warto zainteresować się minionymi dekadami, bo zmiany w modzie to nie tylko historia ubrań, to historia naszego codziennego życia, historia współczesnej kultury. Ponieważ często słyszę, że dzisiejsi mężczyźni są zniewieściali, cofnąłem się o kilka wieków i pokazałem, jak ubierali się kiedyś. W przepaski na biodrach zamiast spodni, w kolorowe jedwabne pończochy, szlachetne tkaniny haftowane złotem, w koronki i kokardy… Nosili peruki obsypane pudrem i biżuterię, ale u boku mocowali szablę. Tamten mężczyzna w butach na obcasach, tamtym damom wcale nie wydawał się śmieszny! Darujmy sobie kpiny i porównania współczesnego mężczyzny z tym XVII-wiecznym modelem męskości. Inny kontekst i inne życie, stąd inne buty, inny krój ubrań i inne kolory. Męskość przed wiekami postrzegano inaczej niż dziś, jakiekolwiek porównania nie mają sensu. Jean-Paul Gaultier, francuski projektant, po raz pierwszy w 1984 roku ubrał modeli w damskie spódnice. Nie z lekkich tkanin, a ciężkiej wełny. Nosili je z butami na motor i czarnymi skórzanymi kurtkami. Wszystko to kwestia stylizacji i tego, jak sami siebie postrzegamy. Złote spodnie, bluzy jak damskie bluzki, farbowane włosy i makijaż widzieliśmy już nie raz na muzykach zespołów rockowych. Tak więc trudno mówić o zniewieściałych mężczyznach tylko dlatego, że bawią się modą.

 
Jacy są czytelnicy Pana książek? Jak reagują, o co pytają? Czym się inspirują, a co wzbudza kontrowersje?

To trudne pytanie. Nie wiem, kto kupuje moje książki. Domyślam się, że kobiety czyli matki, żony i narzeczone robią prezenty swoim facetom. To ciągle one decydują o tym jak panowie powinni wyglądać. Chciałbym, żeby to mężczyźni czytali moje książki – by porównywali to, co wiedzą, z tym o czym piszę, by chcieli się czegoś nauczyć. My, mężczyźni, musimy wiedzieć dlaczego ubieramy się tak, a nie inaczej. Dlaczego wolimy dżinsy z kurtką od garnituru, raczej skórzane buty niż te na gumowej podeszwie, koszulę bez krawata, bardziej srebrne lub metalowe spinki niż złote, zegarek na skórzanym pasku, a nie na metalowym. To tylko przykłady, chodzi o świadomość wyboru i umiejętność podejmowania decyzji.

 

Czy w postmodernistycznych czasach negacji wszystkiego i królującego eklektyzmu, dogmat elegancji ma rację bytu? Przecież teraz modne jest praktycznie wszystko. A z drugiej strony brak nam odwagi i wyobraźni do eksperymentów.

Podczas promocji mojej pierwszej książki „Dress code. Tajemnice męskiej elegancji” pytano mnie: a po co nam te zasady? Czy rzeczywiście są nam potrzebne? Na pewno tak. Musimy je znać, żeby móc je łamać. Tak naprawdę ciągle się nam przydają. Oczywiście savoir vivre demokratyzuje się, projektanci przyzwyczaili nas do estetycznych wyzwań, którym daleko do prawdziwej elegancji. Ale wyobraźmy sobie, że pewnego dnia dostajecie zaproszenie, a w nim będzie napisane: black tie lub cravate noire, i co wtedy ? No właśnie, uczmy się zasad, ich znajomość może nam tylko pomóc. W odpowiedzi słyszę, że każdy chce być sobą albo: kto decyduje o tych zasadach? Bądźmy sobą, ale respektujmy innych. Wychodząc z domu pamiętajmy, z kim jesteśmy umówieni. Sposób, w jaki się ubieramy na spotkania zawodowe, z przyjaciółmi czy rodziną, świadczy o naszym szacunku dla nich. Kobiety przywiązują do tego ogromną wagę. Mężczyźni, żeby im się podobać, powinni o tym pamiętać. Modę trudno lekceważyć, jest bez przerwy obecna, przykładem są choćby wystawy sklepowe. Czy tego chcemy czy nie, to projektanci decydują o tym, co będzie w ich butikach. Ale to my decydujmy, czy będziemy wyglądać tak, jak oni to sobie wymyślili. Moda się zmienia, ważny jest styl, on pozostaje.

 
Czy dobrego smaku można się nauczyć ? Jak pracować nad własnym stylem ?

Tak, tylko trzeba bardzo tego chcieć. Styl bierze się ze znajomości siebie samego. Stylu uczymy się powoli, starając się wybierać ubrania, w których przede wszystkim dobrze wyglądamy. Takie, które podkreślają zalety naszej sylwetki i to, co w nas ładne, a jednocześnie tuszują to, czego nie chcielibyśmy pokazać. Bardzo trudne zadanie. Większość z nas patrząc na siebie w lustrze nie widzi popełnionych błędów. Musimy nauczyć się rezygnować nawet z modnych ubrań, często zbyt ostentacyjnych. Co to znaczy być modnie ubranym ? Tak jak modele na wybiegu podczas pokazu, czy tak jak na zdjęciach w modowych pismach ? Jedno i drugie to stylizacja, a ulica tworzy kolejne. Dlatego nie należy naśladować i kopiować stylu innych, ale tworzyć swój własny.

 

Ogół czy detal?

„Diabeł tkwi w szczegółach. Mężczyzna może chodzić w wytartych dżinsach, ale powinien mieć dobry zegarek i pisać piórem wiecznym…” powiedziała kiedyś Monika Jaruzelska, a ja ją cytuję w swojej pierwszej książce. Moda od lat pozwala nam na dużą swobodę. Tak jest praktyczniej i wygodniej. Lubimy ten styl. Dobrze czujemy się w dżinsach i bluzach, w bawełnianych spodniach i miękkich marynarkach. Nie muszą być drogie i markowe, żebyśmy dobrze w nich wyglądali. Natomiast akcesoria, o których wspomina Monika Jaruzelska, powinny mieć dobrą jakość. Torby, paski, buty, okulary optyczne i słoneczne, portfele i kalendarze, poszetki, spinki do mankietów koszuli czy prosta i nie ostentacyjna biżuteria, to wszystko nadaje elegancki sznyt naszej sylwetce. Bawełniane dżinsy i bluza, skórzane buty, elegancki zegarek i torba w stonowanych barwach świadczą o tym, że nic tu nie jest przypadkowe. Każdy z elementów stroju został wybrany świadomie i to one odpowiadają za jakość naszego wizerunku. To dodatki świadczą o naszym guście, o tym, czy dobrze rozumiemy, czym jest elegancja. A elegancja to prostota i umiar.
 

http://yesismybless.com/tajemnice-meskiej-elegancji-rozmowa-z-krzysztofem-loszewskim/

+

Natalia Sosin, foch.pl 03-03-2015 12:58

Krzysztof Łoszewski: Zbyt często zapominamy, że jesteśmy oceniani na podstawie tego, jak wyglądamy.

 


W Brukseli, gdzie mieszkałem prawie 20 lat, latem mężczyźni nie chodzą w spodenkach jak dla małych chłopców. A u nas w upał: koszulka na ramiączkach i gumowe klapki. Dlaczego tak jest? Dlatego że nie ma w Polsce autorytetów - mówi Krzysztof Łoszewski, znawca mody i savoir-vivre'u, autor książki "Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej".

 

 

Czy jest jakiś kanon ubrań, które każdy powinien mieć?

- Przede wszystkim powinniśmy ubierać się stosownie do naszego wieku, wyglądu i sytuacji, w jakich za chwilę się znajdziemy. Problem z wyglądem dojrzałych mężczyzn w Polsce polega na tym, że zazwyczaj mają albo za małe, albo za duże marynarki. Spodnie za długie i wiszące albo opięte, bo przytyli, a szkoda im pieniędzy na nowe garnitury. Niestety, nie nosimy ubrań we właściwych dla nas rozmiarach. I jeszcze ten wątpliwy luz: Trochę mi się nie chce, nie muszę specjalnie się ubierać, mam taką pracę, że siedzę w pokoju. Są koledzy, którzy tak samo jak ja nie muszą, więc wszyscy chodzimy do pracy w polarze i dresie. Bo możemy. Albo agencje reklamowe. Tam ludzie są ubrani w tzw. luzacki sposób, więc pracownicy firm współpracujących z agencjami często mają problem z tym, jak się ubierać na spotkania. Dostosować do poziomu pracownika, z którym jest się umówionym, czy wręcz odwrotnie, być wiernym sobie. Oczywiście to może utrudniać kontakt, ale przede wszystkim należy myśleć o sobie. Kolejny problem korporacji to przesada. Na przykład zbyt kolorowe i wzorzyste bluzki oraz nadmiar biżuterii u pań, krzykliwe krawaty czy złote spinki noszone od rana przez panów. Trzeba trzymać fantazję w ryzach i nie ubierać się ostentacyjnie. Nie chodzi o to, by rozpoznawano nas z daleka, z końca biurowego korytarza.

 

Czytając pańską ostatnią książkę - „Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej” - zwróciłam uwagę na to, że jest ona bardzo „wyprana” z wszelkiej oceny. Nie pisze pan, że coś jest ładne, brzydkie, eleganckie, nieeleganckie, po prostu jest, jakie jest. Ja natomiast ciekawa jestem pana ocen; co pan myśli, patrząc na to, jak obecnie ubierają się ludzie?

- W książce opowiadam o ewolucji męskiej mody. Każda dekada była inna, mężczyźni się zmieniali. Zmieniał się ich stosunek do proponowanego przez projektantów stylu ubrań. Myślę, że jak człowiek wie, w czym czuje się dobrze, to patrząc na nowe kolekcje traktuje je z pewnym dystansem. Nie oceniam niczego negatywnie tylko dlatego, że mnie coś osobiście nie odpowiada. Oczywiście kolekcje tzw. sieciówek są na różnym poziomie estetycznym i jakościowym, ale np. marka Dolce & Gabbana także robi kolekcje z pogranicza kiczu. Roberto Cavalli idzie w kierunku, którego nie rozumiem - ubrania ostentacyjne w kolorze, zbyt wzorzyste, tego wszystkiego jest bardzo dużo, za dużo. Z drugiej strony te kolekcje się sprzedają i mnóstwo kobiet chce się tak ubierać, chce być zauważone. Ma być na bogato, żeby każdy od razu widział, ile to kosztowało!

 
Choć jest to w bardzo złym guście.

- Oczywiście, ale to nic nowego. Na początku lat 80. wydawało mi się, że Francja jest właśnie taka, że Francuzi hołdują estetyce z pogranicza show-biznesu, że wszystko musi być trochę przerysowane - te podwijane rękawy marynarek, za duże, wywatowane ramiona, za dużo koloru. Zresztą to, co kiedyś uważaliśmy za przykład złego gustu, dziś zostało zaakceptowane. Rzecz absolutnie powszechna - logo, w modzie lat 80. było nie do przyjęcia. Nikt nie obnosił się z tym, co ma na sobie, choć dla wtajemniczonych było to od razu widoczne. Minimalizm, który pojawił się w połowie lat 90., na długo pozostał wyznacznikiem stylu. To, co pani ma sobie, czy ja, to kontynuacja takiego myślenia. Stonowane kolory, prosta forma ubrań, wszystko w pewnym sensie uniwersalne, ponadczasowe. Czarny, szary, biel i granat. To nie są kolory smutne, to kolory stonowane. W lecie, kiedy jesteśmy opaleni i wypoczęci, kolory funkcjonują zupełnie inaczej, dlatego chętniej nosi się ubrania o mocniejszych, zdecydowanych barwach. Poza tym, bardzo istotna jest kwestia praktyczności stroju. W pudrowo-różowym płaszczu od Rafa Simonsa dla Jil Sander pięknie wygląda kobieta, która wysiada z samochodu, ale już nie ta, która musi dojechać gdzieś metrem, bo ten róż zaraz będzie brudny. W Polsce to również problem budżetu, rodzinnych finansów. Przeciętny Polak nie ma pieniędzy na ubrania, dlatego tak popularne są tanie sieciówki. Ale wracając do pani pytania postawionego na początku, ja rzeczywiście nie oceniam, przyglądam się ludziom, widzę, jak są ubrani, ale nie oceniam ich.

 

To proszę powiedzieć, co pan widzi, patrząc na polskie ulice.

- To, że młode dziewczyny i chłopcy chcą się dobrze ubierać i funkcjonują inaczej niż ich rodzice. Ci młodzi nie zahaczyli nawet o ten okres, kiedy facet w ogóle nie ubierał się modnie, bo prawdopodobnie byłby oceniany negatywnie. Jeszcze nie tak dawno mężczyzna w różowej koszuli byłby wytykany palcami i pewnie powiedziano by, delikatnie ujmując, że jest gejem. Dziś różowych koszul pełno w Sejmie. Przeszliśmy pewną transformację stylistyczną. I ZARA, i H&M pokazały mężczyznom, jak nosić kolorową koszulę z marynarką, swetrem i spodniami, że da się to zestawić tak, by nie raziło, lecz zdobiło. Nie krytykuję sieciówek z wielu względów, także dlatego, że pokazują ludziom mniej zorientowanym w modzie, co z czym i jak łączyć. Wielcy projektanci, a raczej ich styliści, robią to samo - łączą ze sobą żakiet, bluzkę, spodnie, płaszcz, tak by klientka od razu wiedziała, jakie połączenie jest korzystne. Żeby miała gotowy zestaw, który może wyjąć z szafy, wiedząc, co z czym dobrze wygląda. Łączenie wzorów i kolorów jest trudną sztuką, dlatego mnóstwo ludzi z tego rezygnuje albo popełnia błędy.

W tym sezonie, na przykład, mamy na wystawach granatowy z czarnym. Po raz pierwszy od wielu lat oba kolory noszone razem stały się trendem w modzie, choć pamiętam, że w Polsce zawsze mówiło się, że granatowy z czarnym to okropny pomysł. A tu proszę - da się.

  
Jak z każdym połączeniem, zależy jaki granat z jaką czernią.

- Intensywny granat z intensywną czernią! (śmiech)

 

Z drugiej strony, z tymi manekinami ZARY bywa tak, że potem idzie pan do centrum handlowego czy na spacer, i widzi kilkadziesiąt takich „manekinów” - identycznie ubranych kobiet czy mężczyzn. Mało kto ma własny styl.

- Tak. Ale moim zdaniem to także kwestia tego, że my ciągle nie mamy pieniędzy, więc nie możemy mieć nietuzinkowych ubrań. Jakich mamy w Polsce dostępnych projektantów? Hugo Boss od lat z tymi samymi garniturami? Burberry, ale kogo stać na te potwornie drogie trencze z podszewką w słynną kratkę? Czasami pojawiają się Dior, Prada czy Dolce & Gabbana, jest Max Mara, a nawet Louis Vuitton, ale to głównie akcesoria albo ubrania, które też są koszmarnie drogie. Odpowiedzią są tańsze kolekcje, na przykład: GAP. Kupiłem tam sweter, ma tylko 5 procent kaszmiru, ale za to jaki jest miękki! Dwie pary spodni po 120 złotych. Bardzo ładne, niby dresy, ale nie dresy, bo z grubej bawełny. W Polsce niestety nie ma nic pośrodku. Brak marek, które miałyby lepsze jakościowo tkaniny, a nie były tak drogie. Zawsze na zajęciach z zasad dress code'u mówię słuchaczom, że jeżeli wyjeżdżają za granicę, to powinni korzystać i robić tam zakupy. Dostaną tańsze niż w Polsce i lepszej jakości ubrania, których u nas pewnie nie znajdą. Polska ulica nadal różni się od zachodnioeuropejskiej, ale już nie tak jak 10 lat temu. Widać kolory, pomysły, indywidualizm. Są młodzi ludzie, którzy się nie wstydzą i nie boją. Oni mają w nosie, co ktoś o nich powie. To, czego jeszcze u nas nie widać, to właśnie dobrej jakości ubrania. Może dlatego że kobiety i mężczyźni, których stać na dobre ubrania, jeżdżą samochodami, a w Paryżu, Londynie, Brukseli czy Mediolanie chodzą po ulicach i jeżdżą metrem? Płaszcze z kaszmiru, dobrej jakości buty widać tam wszędzie.

 
Czy nie ma pan czasem żalu do polskich projektantów, że nie wypełniają tej niszy pomiędzy? Oni proponują poliester, ortalion i dres za 700 złotych. Gdyby mnie było stać na dres za 700 złotych, to pewnie mogłabym się szarpnąć na drugie 700 i kupić coś od światowej sławy projektanta.

- W Polsce projektowanie to zawód dla wyjątkowych pasjonatów mody. Projektanci sami muszą inwestować w kawałek przestrzeni, w której będą mogli sprzedawać swoje ubrania, w zapłacenie krawcowym, w nowy sprzęt do pracy, w maszyny, nowe tkaniny, personel, światło i tak dalej, to są ogromne koszty. Mnie na projektowanie w Polsce nie byłoby stać. To się tak wydaje - sukienka za 5000 złotych na bal to mnóstwo pieniędzy, ale to niewielki zarobek dla kogoś, kto musi zorganizować pokaz i zapłacić ludziom pensje. Właścicielami większości zachodnich marek modowych są ogromne spółki finansowe. Ale istnieją także firmy rodzinne, działające od ponad dwudziestu-trzydziestu lat. One miały czas na to, by zarobić pieniądze i inwestować. Ciężko z nimi konkurować. Staram się wspierać polskich projektantów, ale i ja nie mam ochoty wydawać 700 złotych na dres. Zresztą, chyba już wyrosłem z wydawania majątku na ubrania. Kiedyś bardziej się tym ekscytowałem, choć nawet wtedy kupowałem przede wszystkim ubrania uniwersalne. Dzięki temu mam na przykład buty czy koszule, które mają 15 lat. Są z genialnej bawełny i jak widać, są niezniszczalne. Może mają dziwne rękawy, za mały kołnierzyk, niektóre są zbyt szerokie, ale pod swetrem i kurtką wyglądają świetnie. Warto inwestować w bardzo dobre, klasyczne buty, które będą służyły latami pod warunkiem, że ich nie deformujemy. Buty definiują sylwetkę. Niedrogie i skromne ubranie z eleganckimi butami nabiera szyku, a cała sylwetka wygląda wspaniale.

 

Czy styl to coś, czego można się nauczyć?

- Tak, ale trzeba bardzo chcieć. Zrozumieć, na czym on polega, i nie ulegać temu, że znam zasady i chcę być elegancka, ale ten różowy sweter z cekinami jednak mi się podoba. Trzeba być konsekwentnym, umieć wybierać i rezygnować z modnych aktualnie ubrań. Stylu uczymy się latami, próbując jednocześnie być modnie ubranym. To też kolejna kwestia - co znaczy być modnie ubranym? Czy tak jak na zdjęciu w „Vogue'u”? Czy jak modelka na pokazie? Zdjęcie i pokaz to kolejne stylizacje. Ja wolę zobaczyć ubrania po pokazie, na wieszakach. Na przykład na pokazie garniturów Tomasza Ossolińskiego wszyscy modele są chłopięcy i bardzo szczupli i jak patrzę na nich w tych garniturach, to wiem, że nie chcę tak wyglądać. Muszę zobaczyć garnitur na wieszaku, przymierzyć marynarkę i dopiero wtedy zdecyduję, czy chcę go nosić. Pokaz jest po to, żeby szokować, uwieść, żebyśmy go zapamiętali. Zdjęcia w pismach i sesje są kolejną zabawą stylistów i stylistek. Katalogi, lookbooki to propozycja projektanta, a ulica często znajduje zupełnie inne stylizacje. Trzeba umieć z tego stworzyć coś własnego. Jeżeli ktoś to potrafi, to chapeau bas!

  
Wydaje mi się, że tak zwany przeciętny Kowalski ma jeszcze w sobie jakiś wstyd czy strach, bo widzi tych chudych chłopców na wybiegach i myśli sobie: "No dobrze, ale ja przecież nie mogę się tak ubrać, będę wyglądał śmiesznie".

- Mody nie tworzą modelki i modele. Moda to pewna koncepcja, propozycja ubioru. Każdy z projektantów wymyśla coś innego. Na targach tkanin Premiere Vision w Paryżu w halach wystawowych ściany są pomalowane na kolory, które będą obowiązywały w przyszłym roku, ale każdy z tym samym kolorem zrobi co innego, potraktuje go inaczej. Jeden w kolorze pomarańczowym zrobi sukienkę, inny całą kolekcję, a jeszcze inny wykorzysta go tylko jako podszewkę albo drobne akcesoria. Tak powstają trendy. Ale nie należy traktować ich dosłownie i myśleć: Muszę być tak ubrany. Ktoś, kto ma metr pięćdziesiąt wzrostu i nosi rozmiar 42, w pomarańczowych spodniach nie będzie wyglądał dobrze, ale może mieć pomarańczową apaszkę albo torebkę, coś, co pokaże, że wie, co jest modne. Cętki dzikich zwierząt na jednych wyglądają interesująco, na innych wulgarnie. Wszystko zależy od tego, co to jest i jak to potrafimy nosić.

 

Jak pan ocenia to, jak ubierają się polskie gwiazdy i celebryci? Ja często jestem zaskoczona tym, jak bardzo drogo, a zarazem tandetnie są w stanie ubrać się niektóre znane osoby.

- Wie pani, często zadaje mi się pytanie: który z naszych polityków jest ubrany najlepiej? Na podstawie czego mam to powiedzieć, na podstawie garnituru w Sejmie? To jego uniform, strój do pracy. Jedni są szczuplejsi, inni są grubsi, jedni mają dobrze skrojony garnitur i wyglądają elegancko, inni nie i wyglądają gorzej. Nie wiem, jak ubierają się polscy politycy po powrocie do domu. Gale połączone z wręczaniem nagród są ciągle u nas przykładem estetycznej abnegacji. Na rozdaniu Paszportów „Polityki” młodzi ludzie nominowani przez kapitułę do ważnej przecież i prestiżowej nagrody przychodzą odebrać ją ubrani byle jak, w wygniecionych ubraniach. Ale nie tylko oni. Pewni reżyserzy odbierają Złote Orły, czyli polskie Oscary, w bejsbolówkach na głowie, w szarym T-shircie i trampkach na nogach. W koszulach wyrzuconych na wierzch i bez marynarki! Publiczność, która wypełnia salę, to panie w długich sukniach i panowie w smokingach. Ktoś tu czegoś nie zrozumiał. Po co taka kontestacja? Czy naprawdę jest im wszystko jedno? Dlaczego nie możemy być eleganccy i w ten sposób podziękować ludziom, którzy nas wybrali i wręczają nam nagrodę, okazać im szacunek? Ubranie świadczy o szacunku dla tych, którzy nas wybrali, nagrodzili, i tych, którzy oglądają transmisję w telewizji. Trochę inaczej jest na czerwonym dywanie. Ubrania są zwykle pożyczone na jeden wieczór, a panie za wszelką cenę chcą udowodnić, jak dobry mają gust i znakomitą sylwetkę. Gorzej wyglądają, gdy przypadkiem spotykam je na ulicy.

 
Jak?

- Byle jaki płaszcz, byle jakie buty. Nie mogę w to uwierzyć. Aktorki, które dużo grają, zarabiają lepiej niż nieźle i nie chcą ładnie wyglądać na co dzień? Przecież dla nich to nie jest wielki wydatek pójść na przykład do Max Mary i kupić klasyczny, elegancki płaszcz. Te osoby interesują się modą tak długo, jak długo trwa premiera ich filmu i stoją w blasku fleszy. Potem już niestety nie. Tyle że to nie tylko kwestia mody, lecz przede wszystkim świadomości własnej osoby. Zbyt często zapominamy, że jesteśmy oceniani na podstawie tego, jak wyglądamy.

 

Może uznają, że poza czerwonym dywanem mogą być sobą i nieważne, jak wyglądają, ważne, żeby się swobodnie czuły?

- No tak. Ale to właśnie wina mody. Projektantów, różnych tendencji, tego co się wydarzyło już w latach 70. w Stanach Zjednoczonych. Amerykanie kochają wygodę. Wszystko musi być wygodne i praktyczne. Stamtąd przyszły trampki noszone do futer z norek, eleganckich sukienek i smokingów oraz nieprzejmowanie się tym, że jestem w dżinsach i wyciągniętym swetrze na koncercie w filharmonii. Amerykanie uwielbiają marynarki zawsze trochę za duże. Bo komu to przeszkadza? Nie powinno nikomu przeszkadzać, bo przecież najważniejsza jest wygoda. Ten styl przyszedł ze Stanów do Europy i niestety w sposób naturalny do nas też. Proszę zobaczyć, co się dzieje, jak tylko zaczyna robić się ciepło. Wszyscy się rozbierają. Nieważne - tłuste kobiety, grubi faceci, wszyscy chodzą w jakichś majtach, które nadają się jedynie na plażę albo basen. Na nieszczęście nikomu to nie przeszkadza.

 
Mnie to przeszkadza, i to bardzo!

- Mnie też, dlatego piszę o tym i mówię. Kiedyś mężczyźni nosili spodnie, a dziś już nie noszą? Dlaczego? Zachód tak nie wygląda. W Brukseli, gdzie mieszkałem prawie 20 lat, latem mężczyźni nie chodzą w spodenkach jak dla małych chłopców. Nikt się tak nie ubiera. A wieczorem do restauracji niekoniecznie idą w garniturze, za to w koszuli z długim rękawem. Mają czyste dżinsy i sportowe buty. A u nas w upał: koszulka na ramiączkach i gumowe klapki. Dlaczego tak jest? Dlatego że nie ma w Polsce autorytetów. Stąd pewnie sukces moich książek. Najwyraźniej mężczyźni, którzy nie wiedzą, jak się ubierać, chcą się tego dowiedzieć. Znajdują się w sytuacjach, w których chcieliby dobrze i odpowiednio do okazji wyglądać.

 

Wydaje mi się, że to też kwestia przemian, błyskawicznego rozwoju korporacji, w których obowiązuje tak zwany dress code.

- Tak, polscy biznesmeni, managerowie wyjeżdżają podpisywać kontrakty, negocjują umowy, przyjmują tu ludzi z zagranicy, muszą reprezentować nie tylko firmę, ale również siebie. Są wizytówką firmy, która ich zatrudnia. Za granicą reprezentują nasz kraj. W tym momencie nie sposób nie wspomnieć o naszych europosłach, których kilka lat temu widywałem na lotnisku w Brukseli. Niestety, wyglądali skandalicznie. W brudnych, za dużych płaszczach, w butach na paskudnej gumie, w wygniecionych garniturach. A przecież to ludzie, którzy reprezentowali nasz kraj. Nie uwierzę, że następnego dnia szli do swojego brukselskiego biura w wyprasowanej koszuli i eleganckim garniturze. Prawdopodobnie byli tak samo wygnieceni. Mieli to w nosie.

 
Ciekawe, ile lat musi upłynąć, by zmieniło się myślenie.

- Myślę, że nowe pokolenie jest zupełnie inne. Młodzi już myślą inaczej, chcą ładnie mieszkać, chcą być eleganccy. Przede wszystkim mają wybór i możliwości, jakich nie mieli ich rodzice. Nie są skazani na stanie w kolejce po meble. Pamięta pani lata 90., kiedy niektóre mieszkania przypominały katalogi biur? Dzisiaj już nikt tak nie dekoruje mieszkań. Ale też, mówiliśmy już o tym, na ubrania wydaje się mniej, bo właśnie można kupić mieszkanie, a na nie trzeba wziąć kredyt, można kupić samochód, można wyjechać na wakacje za granicę, wysłać dzieci do lepszej szkoły, i tak ubrania często lądują na szarym końcu długiej listy.

 

Czy można mówić o czymś takim jak współczesna moda? Mam na myśli to, że znamy bardzo charakterystyczne style z przeszłości: moda lat 50., 60., 70., 80., 90., a potem nagle dziura i chyba kompletna dowolność.

- Trudno dziś oceniać ostatnie 14 lat. Zrobimy to może za pięć lat albo później. Ciekawe - i mam nadzieję, że zainteresuje to tych, którzy przeczytają moją książkę i dowiedzą się, jakie były różnice między kolejnymi dekadami - jak wiele się zmieniało i szybko ewoluowało pod wpływem ulicy, muzyki i muzyków, ale także pod wpływem wydarzeń politycznych. Rewolucja kontrkultury lat 50., barwni hippisi lat 60. i udział Ameryki w wojnie w Wietnamie, epoka disco, kompletnie zwariowana, wzięła się także z muzyki i z pewnego rodzaju nowych poszukiwań estetycznych. Interesujące jest to, jak za każdym razem ewoluował wizerunek mężczyzny. Dziś wielu narzeka, że młodzi chłopcy są zniewieściali i że kiedyś było lepiej. Ciekawe, co by powiedzieli na koturny z lat 70., włosy we wszystkich kolorach tęczy, panów w srebrnych legginsach i z przyczepionymi rzęsami? Mnie interesowało to, co było motorem tych zmian. W latach 80. projektanci zaczęli budować sylwetkę mężczyzny inaczej, rozwinął się przemysł mody, powstało zjawisko top modeli i top modelek zarabiających ogromne pieniądze. Z kolei wszystko, co działo się tutaj, na wschodzie Europy, miało również ogromne znaczenie i było obserwowane z zainteresowaniem. Myśmy nie walczyli o nowe ciuchy, tylko o wolność, o rację naszej egzystencji. Zachód jakby zawstydził się tej ostentacyjności w okazywaniu drogimi ubraniami swojego bogactwa. Wtedy nagle zniknęło logo, zniknął przepych, pojawił się minimalizm, który przetrwał do końca XX wieku. Kolory zastąpił czarny i granat, ubrania stały się prostsze w formie, wróciła klasyka. Początek XXI wieku znów zrobił się kiczowaty, kolorowy, złoty i błyszczący. A jak jest teraz? Mam wrażenie, że wszystko jest takie samo.

 
Mnie też się wydaje, że wszystko jest takie samo, ale myślałam, że to tylko moje znudzenie.

- Brakuje mi w tych ubraniach fantazji. Pewnie już bym się tak nie ubierał, ale chciałbym popatrzeć na coś nowego. Zostać czymś zaskoczony. Nudzą mnie ciągłe inspiracje latami 50. w modzie damskiej, powrotami to do lat 70. czy 80., wprawdzie to tylko pewne elementy tamtej mody, ale nic nowego i rzeczywiście odkrywczego.

 

Czy moda zjada już własny ogon? Jean-Paul Gaultier szokował, a teraz - czy cokolwiek jest w stanie nas zszokować?

- Mam nadzieję, że jednak coś się wydarzy! Mamy młodych projektantów, niech oni wreszcie coś wymyślą!

 

http://foch.pl/foch/1,132041,17212370,Krzysztof_Loszewski__Zbyt_czesto_zapominamy__ze_jestesmy.html

 

 

 

 

 


 

+

rynek-ksiazki.pl 03-03-2015 12:56

W pierwszym tygodniu listopada nakładem wydawnictwa Bosz ukaże się książka „Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej”. Jest to pierwsza publikacja w Polsce poświęcona historii męskiej elegancji, a przy okazji opowieść o męskości i zmianach w jej pojmowaniu. Autorem książki jest Krzysztof Łoszewski, ceniony ekspert w dziedzinie mody męskiej. W jego dorobku są dwa bestsellerowe przewodniki „Dress Code” i „Smart Casual”, jakie ukazały się nakładem wydawnictwa Bosz w 2012 i 2013 roku, projektant i stylista z międzynarodowym doświadczeniem i wykładowca w Szkole Stylu Moniki Jaruzelskiej.

 

http://rynek-ksiazki.pl/aktualnosci/historia-mody-meskiej-od-spodnicy-do-spodni_39604.html

+

Paweł Szaniawski, Newsweek 03-03-2015 12:54

Spódnice, nogawice, nogawki

 
Nasi przodkowie szybko pojęli, że ubraniem można podkreślić swoją przewagę, zaznaczyć siłę – mówi „Newsweekowi Historii” Krzysztof Łoszewski, autor książki „Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej”.

 

http://www.newsweek.pl/historia-mody-meskiej-ksiazka-krzysztofa-loszewskiego,artykuly,357437,1,z.html

+

ruude.net 03-03-2015 12:52

Od spódnicy do spodni

...od przepasek na biodrach, przez spektakularne zmiany w XIX wieku, szaloną rock and rollową rewolucję lat 50, kolorowe lata 60, karuzelę trendów w latach 70, aż po współczesne ulice...

 

Pierwsze w Polsce tak kompletne spojrzenie na męską modę i jej historię. „Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej” to nowa książka autora bestsellerów „Dress Code” i „Smart Casual”, cenionego eksperta modowego Krzysztofa Łoszewskiego. W bogato ilustrowanej publikacji przedstawia on trendy, które kształtowały ubiór mężczyzn przez wieki. To kompendium wiedzy dla każdego zainteresowanego modą, jak i doskonałe wprowadzenie do tematu męskiej elegancji.

 

Krzysztof Łoszewski zabiera czytelnika w modową podróż w czasie: od przepasek na biodrach, przez spektakularne zmiany w XIX wieku, szaloną rock and rollową rewolucję lat 50, kolorowe lata 60, karuzelę trendów w latach 70, aż po współczesne ulice i wybiegi. Każdy z okresów zilustrowany jest autentycznymi zdjęciami. Tekstom i ilustracjom towarzyszy ciekawe, autorskie kalendarium przedstawiające najważniejsze wydarzenia ze świata kultury i polityki, które wpłynęły na obyczajowość.

 

Jak doszło do tego, że mężczyźni zamienili spódnice na spodnie? Które subkultury miały największy wpływ na współczesną męską elegancję? Jaki jest związek mody z kinem niemym i jazzem? Autor w jasny sposób wyjaśnia zależności między modowymi trendami a zmianami społeczno-kulturowymi. Stylista udowadnia, że każda z tendencji w ubiorze ma swoje uzasadnienie, a elegancki męski strój to zawsze wypadkowa wielu lat tradycji i odwagi modowych rebeliantów. Od spódnicy do spodni to książka zarówno dla tych, którzy chcą modę poznać i rozumieć, jak i dla tych, poszukujących inspiracji.

 

Krzysztof Łoszewski to projektant mody, stylista i specjalista od mody męskiej, czytelnikom znany z bestsellerów, w których w praktyczny sposób rozjaśnia zasady elegancji: kompleksowego przewodnika „Dress Code” (2012) i opisującego nieco luźniejszy styl „Smart Casualu” (2013). Był m.in. projektantem-stylistą w belgijskiej firmie „Olivier Strelli” oraz dyrektorem artystycznym firmy „Deni Cler”. Od lat prowadzi zajęcia dotyczące szykownego męskiego ubioru. 

 

http://www.ruude.net/artykuly/od-spodnicy-do-spodni

+

RDC 03-03-2015 12:48

 

Modny i szykowny czy zniewieściały? Jak to jest z tą modą?

 

Moda nie jest i nigdy nie była demokratyczna, gdyż ta od wielkich projektantów jest po prostu droga, a i kilka wieków temu istotą mody było pokazanie statusu społecznego. Także wśród mężczyzn.

  

Dyskusja o zniewieściałym współczesnym mężczyźnie jest po prostu śmieszna. Udowodnił to w rozmowie z Maciejem Łubieńskim w “Requiem dla tygodnia” Krzysztof Łoszewski, ekspert w tematyce mody męskiej, autor książki “Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej”.

 

- Jak mężczyzna sprzed kilku wieków jak wyglądał? Cały upudrowany, naładowany tymi perfumami. Przez 200 lat bardzo modne było noszenie szabli. Do tego buty na obcasie, klamra z przodu, kokardy na obcasach. Wyglądaliśmy jak takie stare kokoty śmierdzące. O jakim zniewieścieniu mówimy? – pyta Łoszewski.

 

Książka “Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej” ukazała się nakładem Wydawnictwa BOSZ.

 

http://rdc.pl/informacje/moda-meska-od-spodnicy-do-spodni-posluchaj/

+

agataczyta.blox.pl 03-03-2015 12:47

Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej, Krzysztof Łoszewski
 

Faceci w rajtuzach, otuleni koronkami, obwieszeni ostentacyjną biżuterią, upiększeni kokardkami? Wszystko to już było. Krzysztof Łoszewski, projektant i stylista, zabiera czytelnika w podróż przez epoki, wskazując najważniejsze trendy, dziwactwa i hity w modzie męskiej.

Pierwszy rozdział to krótki, lecz malowniczy, przegląd epok. Epoka brązu to okres, w którym raczej nie zastanawiano się nad modą, a ubranie miało przede wszystkim funkcje praktyczne, zastanawia jednak to, że ubrania były farbowane - czy kolor miał coś wspólnego z modą? Więcej przekazów zachowało się ze starożytnego Egiptu, Rzymu i Grecji i we wszystkich tych przypadkach śmiało możemy mówić o trendach i obowiązującym wyglądzie. Od tego czasu to, co ludzie nosili miało spełniać m.in. również funkcję estetyczną. Późne średniowiecze i renesans to w modzie męskiej czas koloru, zdobnych tkanin, marszczeń, dodatków. Pod względem przepychu przebija ją tylko barok, obfitujący w kokardki, atłasy i koronki. Dopiero pod koniec XIX wieku mężczyźni zaczęli strojem przypominać mężczyzn, jakich współcześnie oglądamy. Dominującym strojem na wiele lat stała się marynarka i spodnie, a także garnitury, fraki i smokingi.

Wiek XX został poddany przez autora bardziej szczegółowej analizie. Po pierwsze jest to czas wielkich zmian w modzie męskiej; po drugie, jest o wiele lepiej udokumentowany; po trzecie najbliższy sercom czytelników. Autor bierze pod lupę każdą dekadę, by wskazać najważniejsze trendy, inspiracje twórców mody oraz oddzielenie się nowej, dotychczas nieznanej odnogi: mody młodzieżowej. Skupia się przy tym na Europie i Ameryce. Ta pierwsza zafascynowana jest tym, co oferują projektanci i wielkie domy mody. Ta druga z zapartym tchem śledzi produkcje Hollywood i garściami czerpie inspiracje z ekranów kin i telewizji. W publikacji przewija się również wiele grup muzycznych, których image inspirował fanów.

"Od spódnicy do spodni" to kompendium wiedzy o kulturze, której częścią składową jest moda. Dzięki przystępnemu językowi, licznym ciekawostkom oraz umiejscowieniu mody w kontekście społeczno-politycznym i uwzględnieniu przemian kulturowych, książka to coś więcej niż opowieść o długości marynarek i kształcie kołnierzyków. Z treści jasno wynika co i kto ma wpływ na to, co nosimy. Szczególnie ciekawe są fragmenty opisujące wielki boom na ubrania od projektantów oraz niebywałą popularność, jaką zdobyli w latach osiemdziesiątych przedstawiciele tego fachu.

Książka jest bogato ilustrowana, zawiera ponad 240 dużych fotografii. Tekstowi o modzie towarzyszy oś czasu, na której, nieco subiektywnie, zaznaczono najważniejsze wydarzenia polityczno-kulturalne w XX wieku, pomagające umiejscowić w czasie przemiany, które nastąpiły postrzeganiu ubrań przez mężczyzn. Dzięki takiej dbałości o szczegóły książka spodoba się laikom i profesjonalistom. Z przyjemnością przeczytają ją nie tylko mężczyźni.


  

http://agaczyta.blox.pl/2014/11/Od-spodnicy-do-spodni-Historia-mody-meskiej.html#ixzz3TK3I8tHm

+

Aleksandra Zawadzka 03-03-2015 12:45

Męskie spódnice, kobiece spodnie. O historii mody męskiej okiem Łoszewskiego

  


Długa droga minęła, zanim mężczyźni zaczęli wyglądać tak, jak wyglądają teraz. Dziwne? Prawdziwe. Dużo czasu bowiem minęło, nim zaakceptowano w końcu spodnie i przestano się przesadnie stroić. Najnowsza książka Krzysztofa Łoszewskiego - "Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej" w sposób historyczny traktuje ubiór panów.

Trzecie to już wydawnictwo Łoszewskiego - projektanta, stylisty i specjalisty od mody męskiej, który wydał "Dress Code" i "Smart Casual". Książka, którą warto sięgnąć nie tylko ze względu na okładkę. Chociaż ta oczywiście zachwyca - materiałowa, prosta, przemyślana. Taka, którą chętnie zostawi się przypadkiem na biurku lub wybierze dla niej najlepsze miejsce na półce. Bez zbędnych ceregieli, brokatów, esów floresów. Wnętrze też bardzo przemyślane. Tekst okraszony jest wieloma ciekawymi ilustracjami, mimo tego, iż czasem trudno było dostać prawa do niektórych lub nie dostano ich wcale. W żadnym wypadku nie ujmuje to umieszczonym tam zdjęciom. Są posągi, Beatlesi, David Bowie i modele na wybiegu.

 

Tekst naszpikowany informacjami, ale przy tym bardzo przystępny dla zwykłego czytelnika, który nie zajmuje się profesjonalnie modą. Plus też za kalendarium i notatki na marginesach, które pomagają umiejscowić zjawisko w czasie i zapamiętać ważne informacje. Czytając tę lekturę, czułam się trochę, jakbym pochłaniała niesamowicie fascynujący podręcznik od historii z czasów szkolnych. Świetne wrażenie.

Oczywiście, książka Łoszewskiego nie zawiera w sobie wszystkich szczegółów, nie są tu jednak one wcale aż tak istotne. W takim wypadku właśnie mamy wersję prawie kieszonkową, do której zawsze możemy zajrzeć, a która nadmiarem swej naukowości nas nie przerazi.
  

Podróż w czasie, której dokonał autor, rozpoczyna się już w okresie przepasek na biodrach, a kończy zaraz po roku dwutysięcznym. Po drodze mamy "szaloną rock and rollową rewolucję lat 50., kolorowe lata 60., karuzelę trendów w latach 70., ulice i wybiegi". A na tych stronach wszystko, co współczesny mężczyzna wiedzieć powinien. O tym, jak faceci zamienili spódnicę na spodnie, które subkultury miały największy wpływ na elegancję, co z muzyką i kinem? Każda tendencja ma swoje uzasadnienie.

 

-Ponieważ często słyszę uwagi, że młodzi mężczyźni są coraz bardziej zniewieściali, bo projektantów tworzących kolekcje inspirują formy damskich ubrań, zamiast polemizować, cofnąłem się, opowiadając o męskich strojach, do czasów epoki brązu i pierwszych ubrań z wełny, do Starożytnego Egiptu, Grecji i Rzymu, do jedwabnych pończoch i kokard, kolorowo haftowanych kaftanów, dużej ilości koronek, peruk, pudru, butów na obcasach i oczywiście biżuterii. Studiując historię, dowiedziałem się, że nie spodnie były podstawowym elementem męskiej garderoby, ale rodzaj noszonej przez wieki przepasko-spódnicy. Fascynujące jest także to, z jaką pieczołowitością i determinacją mężczyźni dbali o swój wygląd! - czytamy we wstępie od autora.

Intrygujące, prawda? Jest to zdecydowanie książka, po którą warto sięgnąć.

 

http://natemat.pl/124409,meskie-spodnice-kobiece-spodnie-o-historii-mody-meskiej-okiem-loszewskiego

+

www.dlalejdis.pl 07-11-2014 10:36

„Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej” Krzysztof Łoszewski

 

Pierwsze w Polsce tak kompletne spojrzenie na męską modę i jej historię.

„Od spódnicy do spodni. Historia mody męskiej” to nowa książka autora bestsellerów „Dress Code” i „Smart Casual”, cenionego eksperta modowego Krzysztofa Łoszewskiego. W bogato ilustrowanej publikacji przedstawia on trendy, które kształtowały ubiór mężczyzn przez wieki. To kompendium wiedzy dla każdego zainteresowanego modą, jak i doskonałe wprowadzenie do tematu męskiej elegancji.

Krzysztof Łoszewski zabiera czytelnika w modową podróż w czasie: od przepasek na biodrach, przez spektakularne zmiany w XIX wieku, szaloną rock and rollową rewolucję lat 50, kolorowe lata 60, karuzelę trendów w latach 70, aż po współczesne ulice i wybiegi. Każdy z okresów zilustrowany jest autentycznymi zdjęciami. Tekstom i ilustracjom towarzyszy ciekawe, autorskie kalendarium przedstawiające najważniejsze wydarzenia ze świata kultury i polityki, które wpłynęły na obyczajowość.

Jak doszło do tego, że mężczyźni zamienili spódnice na spodnie? Które subkultury miały największy wpływ na współczesną męską elegancję? Jaki jest związek mody z kinem niemym i jazzem? Autor w jasny sposób wyjaśnia zależności między modowymi trendami a zmianami społeczno-kulturowymi. Stylista udowadnia, że każda z tendencji w ubiorze ma swoje uzasadnienie, a elegancki męski strój to zawsze wypadkowa wielu lat tradycji i odwagi modowych rebeliantów. „Od spódnicy do spodni” to książka zarówno dla tych, którzy chcą modę poznać i rozumieć, jak i dla tych, poszukujących inspiracji.

Krzysztof Łoszewski to projektant mody, stylista i specjalista od mody męskiej, czytelnikom znany z bestsellerów, w których w praktyczny sposób rozjaśnia zasady elegancji: kompleksowego przewodnika „Dress Code” (2012) i opisującego nieco luźniejszy styl „Smart Casualu” (2013). Był m.in. projektantem-stylistą w belgijskiej firmie „Olivier Strelli” oraz dyrektorem artystycznym firmy „Deni Cler”. Od lat prowadzi zajęcia dotyczące szykownego męskiego ubioru.

Tytuły powiązane:

Dress code. Tajemnice męskiej elegancji

Krzysztof Łoszewski

2014

Elegantki. Moda ulicy lat 50. i 60. XX wieku

Agnieszka L. Janas

2014

Gentleman. Mam zasady

Adam Granville

2011

Smart casual. Męski styl

Krzysztof Łoszewski

2013

aktualności

Anna Szałapak

Z głębokim smutkiem przyjęliśmy informację o śmierci Anny Szałapak, wybitnej artystki krakowskiej, solistki „Piwnicy Pod...

> więcej

Zapowiedzi zobacz wszystkie

„Domowe dania wigilijne i świąteczne” to zbiór 25 tradycyjnych przepisów świątecznych potraw, które może...

> więcej

Tradycja wytwarzania nalewek i likierów praktykowana jest na ziemiach polskich od stuleci. Domowe nalewki i likiery to książka z...

> więcej

«powrót