Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973–1989

Cena:

79.90 zł

Przeglądaj książkę
  • Liczba stron:

    312

  • Liczba zdjęć:

    288

  • Format:

    205 x 275 mm

  • ISBN:

    978-83-7576-232-7

  • EAN:

    9788375762327

  • Oprawa:

    twarda

  • Numer wydania:

    I

  • Rok wydania:

    2014

  • Język:

    polsko-angielski

Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973–1989

Chris Niedenthal  (autor) | Jerzy Pilch  (wstęp) | Chris Niedenthal  (tłum.) | Caryl Swift  (tłum.) | Marek Wajda  (proj. graf.)

 

„Miałem zamiar zacząć ten tekst o albumie Chrisa Niedenthala z przytupem i, krok po kroku, figura po figurze, parę absurdów chciałem pokazać, ale traf zdarzył, że ledwo pierwszy gest zrobiłem, opanowała mnie, wciągnęła magia jego zdjęć…” ‒ tak we wstępie do albumu pisze Jerzy Pilch. Trudno bowiem nie ulec urokowi tych obrazów ujmowanych przez fotografika w wyjątkowych kadrach. Chris Niedenthal był świadkiem historii okresu Peerelu i z niezwykłym mistrzostwem śledził ją obiektywem aparatu. Demonstracje, czołgi, zomowcy, prominenci, kilometrowe kolejki, życie codzienne ‒ wszystko to uwidocznione na fotografiach. „Paradoks Niedenthala i skala jego talentu zasadza się na tym, że chcąc stworzyć galerię przedmiotowych osobliwości dawnego systemu, stworzył komiczny, dramatyczny i wyjątkowo mocny obraz życia prawdziwego. Chciał dać jakieś peerelowskie panopticum, a dał zawsze nieskończenie mocniejsze od kontekstów, zwłaszcza od kontekstów politycznych, dzieło sztuki” ‒ dodaje Pilch. Na 312 stronach oprócz zdjęć ukazujących polskie realia znalazły się także fotografie wykonane w Czechosłowacji, Bułgarii, NRD, Rumunii, Jugosławii, na Węgrzech i w Związku Radzieckim. Album w wersji dwujęzycznej: polsko-angielskiej.


Patroni medialni:

Chris Niedenthal – fotograf, mistrz fotografii dokumentalnej, autor unikatowych zdjęć z okresu komunizmu. Jest Polakiem, urodził się w Anglii i tam ukończył studia fotograficzne, do Polski przyjechał w latach 70. i pozostał do dziś.

Jerzy Pilch – prozaik, dramaturg i publicysta współpracujący z wieloma polskimi magazynami. Uważny obserwator i komentator otaczającej rzeczywistości.

Chris Niedenthal – fotograf, mistrz fotografii dokumentalnej, autor unikatowych zdjęć z okresu komunizmu. Jest Polakiem, urodził się w Anglii i tam ukończył studia fotograficzne, do Polski przyjechał w latach 70. i pozostał do dziś.

Dziękujemy za dodanie recenzji
+

www.ksiazki.onet.pl 07-11-2014 10:28

Ponad trzysta fotografii znalazło się w najnowszym albumie Chrisa Niedenthala, do którego wstęp napisał, wspaniale puentując zawarte w nim kadry, Jerzy Pilch. Chris Niedenthal, urodzony i wykształcony w Anglii syn polskich emigrantów, przyjechał do Polski w 1973 roku i został tu do dziś. W ciągu szesnastu lat robienia zdjęć składających się na ten album, szlifował swój warsztat i z wolnego strzelca stał się stałym korespondentem największych światowych gazet.

 

System pracy narzucony przez pracodawcę nakazywał, by fotograf wysyłał do redakcji niewywołane rolki filmów. Było to swoiste zabezpieczenie, żeby gazeta miała fotografie na wyłączność. Dla samego twórcy było to trochę uciążliwe, ponieważ nie widział wykonanych przez siebie zdjęć, nie wiedział też czy są poprawnie pod względem technicznym. W związku z tym, niektóre fotografie przedstawione w albumie, autor po raz pierwszy zobaczył dopiero wiele lat po ich zrobieniu.

 

Niedenthal z pewnością nie minął się z powołaniem, ma świetne oko i wrażliwość. Chociaż fotografie powstały na kolorowym filmie, jest to świat w dużej mierze bardzo szary. Pokazuje rzeczywistość taką, jaką pamiętamy i która jest dla nas, Polaków, zrozumiała. Znakomitym przykładem niezrozumienia kodu kulturowego, uwiecznionego na jednym z kadrów, jest widok klęczących na ulicy kobiet, modlących się za postrzelonego w zamachu Jana Pawła II. Jedna z nich przepasana jest obwarzankiem papieru toaletowego. Fotografia ta przeleżała w nowojorskim archiwum aż 30 lat, lecz żaden dziennikarz nie był w stanie pojąć, po co kobiecie ten papier. Inną, znakomitą fotografią, jakby żywcem wziętą z filmu Alternatywy 4, jest scena z lokomotywą, której używano jako systemu ogrzewania w gospodarstwie rolnym. Niedenthal zrobił ją zanim powstał wspomniany film. Zdjęcie, które mnie bardzo intryguje, przedstawia kondukt żałobny z ciałem kardynała Wyszyńskiego w drodze do katedry św. Jana Chrzciciela. Na pierwszym planie, w tak zwanym mocnym punkcie, widać dwóch przyklękających na jedno kolano mężczyzn. Jeden z nich ma urządzenie z długą anteną. Czy jest to radioodbiornik, czy może krótkofalówka? Czy jest to wierny, który przyszedł pożegnać kardynała, czy może ubek zabezpieczający trasę konduktu? Tego nie wiem.

 

Zapewne każdy, kto zetknie się z tym wydawnictwem, trafi na fotografie, które przykują jego uwagę na dłużej. Album jest bardzo starannie wydany, zawiera ponad 300 zdjęć i, co z pewnością ucieszy każdego czytelnika, nie jest bardzo drogi. Te kadry to prawdziwa uczta dla oczu, refleksyjny powrót do czasów wszędobylskiej szarości, chwila zadumy, a także powód do uśmiechu i snucia własnych opowieści.

 

+

www.dzieje.pl 07-11-2014 10:16

Nowy album Chrisa Niedenthala - polskiego fotografa z Londynu

Polski fotograf, jeden z najbardziej cenionych fotoreporterów europejskich, opublikował swój nowy album pt. "Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973-1989". "To brzmi jak paradoks - powiedział Niedenthal - ale wiele z tych zdjęć widzę po raz pierwszy".

"Trudno nie ulec urokowi tych obrazów ujmowanych przez fotografika w wyjątkowych kadrach. Chris Niedenthal był świadkiem historii okresu Peerelu i z niezwykłym mistrzostwem śledził ją obiektywem aparatu. Demonstracje, czołgi, zomowcy, prominenci, kilometrowe kolejki, życie codzienne ? wszystko to uwidocznione na fotografiach" - napisał we wstępie do albumu Jerzy Pilch.

W albumie "Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973-1989" opublikowano 288 zdjęć ukazujących polskie realia; są tam także prace wykonane w Czechosłowacji, Bułgarii, NRD, Rumunii, Jugosławii, na Węgrzech i w Związku Radzieckim.

"Wiele z tych zdjęć, które znalazły się w albumie dopiero niedawno zobaczyłem po raz pierwszy" - mówił podczas prezentacji książki Niedenthal. - Jako korespondent zagraniczny wysyłałem rolki filmu jak najszybciej na Zachód, do +Newsweeka+ czy +Time'a+, zwłaszcza w czasach Solidarności, czy stanu wojennego; były one ukrywane i przemycane. Potem przez 30 lat przeleżały się w archiwach redakcji i agencji".

"Niedawno jedna z nowojorskich agencji odesłała moje filmy, ponieważ nie chce już przechowywać slajdów i digitalizuje zbiory. I tak odkryłem zdjęcie z 1980 r. zrobione podczas śniadania u Lecha Wałęsy, na którym całuje on swoją żonę przed wyjściem do nowej pracy już jako szef założonego właśnie Niezależnego Samodzielnego Związku Zawodowego +Solidarność+. Byłem młody, szybki, uchwyciłem ten moment. Zaliczam to zdjęcie do jednego z najważniejszych" - podkreślił fotograf.

"Trudno nie ulec urokowi tych obrazów ujmowanych przez fotografika w wyjątkowych kadrach. Chris Niedenthal był świadkiem historii okresu Peerelu i z niezwykłym mistrzostwem śledził ją obiektywem aparatu. Demonstracje, czołgi, zomowcy, prominenci, kilometrowe kolejki, życie codzienne ? wszystko to uwidocznione na fotografiach" - napisał we wstępie do albumu Jerzy Pilch.

Zdjęcia, które zamieszczono w albumie: pustych sklepów lub przeciwnie sklepów wypełnionych flaszkami wódki w pierwszym dniu wprowadzenia kartek; prosiąt schowanych w bagażniku syrenki zrobione na targu w Grójcu w 1982 r.; kobiety sprzątającej miasto przed IX Nadzwyczajnym Zjazdem PZPR, ze strajku studentów w lutym 1981 r., na którym widać jak na hakach w szatni wiszą pęta kiełbasy - żywność dla strajkujących czy portret wybitnego śpiewaka operowego Bernarda Ładysza z 1973 r. na tle jego nader skromnego mieszkania - wiele mówią o rzeczywistości PRL-u.

„Paradoks Niedenthala i skala jego talentu zasadza się na tym, że chcąc stworzyć galerię przedmiotowych osobliwości dawnego systemu, stworzył komiczny, dramatyczny i wyjątkowo mocny obraz życia prawdziwego. Chciał dać jakieś peerelowskie panopticum, a dał zawsze nieskończenie mocniejsze od kontekstów, zwłaszcza od kontekstów politycznych, dzieło sztuki” ? zaznacza Pilch.

Są też w albumie zdjęcia niemal poetyckie, urzekające urodą i nastrojem - jak to z Mazowsza z 1989 r. na którym kobieta idąca polną drogą w tumanie mgły prowadzi krowę na postronku; kadr jak z Bułhaka albo Hartwiga.

Christopher Jan Niedenthal urodził się w 1950 r. w Londynie w rodzinie polskich emigrantów wojennych, jego ojciec był przed wojną prokuratorem w Wilnie, a w Anglii pracownikiem ministerstwa oświaty, matka zaś pracowała w Polskiej Agencji Telegraficznej, a na emigracji zajęła się prowadzeniem domu. Język polski poznał uczęszczając do szkółki sobotniej. Gdy miał 11 lat za dobrze zdany egzamin dostał pierwszy aparat fotograficzny. Ukończył trzyletnie studia fotograficzne w London College of Printing.

Jak wspomina, do Polski zaczął przyjeżdżać w latach 60. na wakacje, ale po raz pierwszy zobaczył ojczyznę rodziców z innej niż wakacyjna perspektywy w roku 1973. "Był to bardzo atrakcyjny czas. Pokochałam Polskę i ludzi. Prowadziłem bogate życie towarzyskie, urzekła mnie serdeczność i gościnność Polaków. Anglicy są mili, mają znakomite poczucie humoru, ale nikogo nie wpuszczają do domu. Tu w Polsce drzwi zawsze były dla gości otwarte. Ludzie byli serdeczni, ale żyli bardzo skromnie, kraj był smutny, szary i brzydki. Ale byliśmy młodzi. Jednak nigdy nie chciałbym, aby wróciła tamta obskurna rzeczywistość" - podkreśla Niedenthal.

Przez kilka lat pracował jako wolny strzelec, potem został zatrudniony jako korespondent „Newsweeka” w Polsce. Pierwszy materiał fotograficzny zarejestrowany wtedy przez Chrisa Niedenthala przedstawiał "nielegalne" kościoły, tworzone pomimo zakazu władz państwowych.

W 1978 był pierwszym fotoreporterem, który po wybraniu Karola Wojtyły na papieża, przyjechał do Wadowic. Dzień później wykonał zdjęcia księgi parafialnej, w której ksiądz dr Edward Zacher dokonał wpisu o powołaniu kardynała Wojtyły na Stolicę Piotrową. "Ten dzień, 16 października, na zawsze zmienił moje życie. Polska wróciła wtedy na mapę świata, przedtem Zachód właściwie się nami nie interesował, ale od wyboru Wojtyły na papieża to się zmieniło. Znalazłem się w centrum spraw ważnych i blisko wielkich postaci. Postanowiłem jako fotoreporter to dokumentować " - mówił Niedenthal.

Podczas pierwszej pielgrzymki papieża do ojczyzny, wykonał zdjęcie, które trafiło na okładkę „Newsweeka” – sfotografował na Jasnej Górze Jana Pawła II trzymającego goździki, jak również trzymającego na rękach, małą, zapłakaną dziewczynkę w czerwonej chusteczce.

Wraz z angielskim dziennikarzem, Michaelem Dobbsem, był pierwszym zagranicznym fotoreporterem wpuszczonym do Stoczni Gdańskiej podczas strajku w 1980. Wiele zachodnich magazynów korzystało z fotograficznej dokumentacji Niedenthala ze stoczni, z podpisywania porozumień, powstawania NSZZ "Solidarność", a potem z okresu stanu wojennego.

Właśnie z pierwszych dni stanu wojennego pochodzi najsłynniejsze zdjęcie Niedenthala wykonane z ukrycia. Przedstawia ono transporter opancerzony SKOT, stojący na tle wielkiej reklamy filmu "Czas Apokalipsy" Francisa Forda Coppoli, wiszącego nad wejściem do warszawskiego kina „Moskwa”. Rolkę z filmem, tak jak inne diapozytywy w tym okresie, przekazał osobom wyjeżdżającym z Polski, aby dostarczono ją do redakcji „Newsweeka”. Fotograf sam nie chciał wyjeżdżać z kraju, nie mając pewności, czy zostanie z powrotem wpuszczony.

W 2004, nakładem wydawnictwa BOSZ Szymanik i Wspólnicy, ukazał się album "Polska Rzeczpospolita Ludowa. Rekwizyty" zawierający 130 zdjęć Niedenthala z lat 70. i 80. W 2006 r.w wydawnictwie Edipresse Polska, ukazał się kolejny zbiór fotografii Niedenthala z okresu stanu wojennego, zatytułowany "13/12. Polska stanu wojennego". Idea powstania tego albumu zrodziła się wówczas gdy IPN przekazał fotografowi teczkę dotyczącą jego osoby sporządzaną przez funkcjonariuszy SB od 1973.

Chris Niedenthal jest laureatem nagrody World Press Photo (1986 r.) za portret sekretarza generalnego węgierskiego KC – Jánosa Kádára, który trafił na okładkę "Time'a".

W 2013 r. prezydent RP Bronisław Komorowski odznaczył Niedenthala Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi we wspieraniu przemian demokratycznych w Polsce, za dawanie świadectwa prawdzie o sytuacji w Polsce w czasie stanu wojennego, za osiągnięcia w działalności dziennikarskiej.

+

Patryk Wiśniewski - www.fotopolis.pl 07-11-2014 10:12

Chris Niedenthal - Wybrane Fotografie 1973-1989

Chris Niedenthal to bez wątpienia człowiek legenda. Fotograf odpowiedzialny za najważniejsze zdjęcia z bloku wschodniego po raz kolejny sięgnął do swojego archiwum. Wczoraj do sprzedaży weszła jego najnowsza książka pod tytułem "Wybrane Fotografie 1973-1989", która ukazała się nakładem wydawnictwa Bosz.

Nie jest łatwo recenzować książki historyczne. Zazwyczaj tego typu publikacje dotykają tematów, które wymagają szacunku. W przypadku tej konkretnej dochodzi jeszcze nazwisko autora - Chris Niedenthal. Najważniejszy fotoreporter bloku wschodniego, który jako pierwszy zagraniczny dziennikarz fotografował strajk w gdańskiej stoczni, autor słynnego zdjęcia ilustrującego stan wojenny i laureat nagrody World Press Photo za portret przywódcy węgierskich komunistów Janosa Kadara.

http://www.fotopolis.pl/media/obrazki/niedenthal_okladka.jpg
Chris Niedenthal - Wybrane Fotografie 1973-1989


Książka Niedenthala ukazała się nakładem wydawnictwa Bosz. Album w twardej oprawie kryje w sobie prawie 300 zdjęć fotografa. Znajdziemy tu oczywiście zdjęcia symbole, jak wyżej wspomniany transporter opancerzony na tle billboardu z "Czasem Apokalipsy", kobietę modlącą się na chodniku z rolkami papieru toaletowego zawieszonymi na szyi, jak i mniej znane kadry. Wszystko dzięki bogatemu archiwum Niedenthala, które dopiero teraz do niego trafia.

Taka perspektywa nadaje tej propozycji wydawniczej dodatkowego smaczku. Fotoreporter urodzony w Wielkiej Brytanii wysyłał do tygodnika Newsweek niewywołane rolki filmu. To fotoedytorzy decydowali w jaki sposób wykorzystają zdjęcia fotografa. Album po części składa się więc ze zdjęć, które sam autor zobaczył niedawno, ponieważ tygodnik dopiero teraz zwraca mu jego archiwum.

Same zdjęcia są unikatowym zapisem tamtych czasów. Dzięki temu, że Niedenthal był na stałe w Polsce i podróżował po okolicznych demoludach, obcujemy ze zdjęciami, których nikt inny nie był w stanie wykonać. Czasem zabawnymi, czasem smutnymi, czy budzącymi grozę, ale zawsze zmuszającymi do myślenia. I ta cecha jest największą zaletą tej książki. Dla osób, które tak jaka ja PRL znają tylko z podręczników, jest to świetna lekcja historii. Dla tych, którzy wtedy żyli i z rozrzewnieniem wspominają tamte czasy, może być to swego rodzaju powrót do przeszłości.

Wszystko byłoby idealnie, gdyby forma albumu była spójna i klarowna dla oglądającego. Niestety zdjęcia nie są ułożone ani w kluczu chronologicznym, ani tematycznym. Sprawiają wrażenie jakby były wrzucone po prostu na poszczególne karty książki bez głębszej refleksji. A szkoda, ponieważ wtedy mielibyśmy do czynienia z kompletną książką fotograficzną, którą chętnie oglądalibyśmy od deski do deski. A tak otrzymujemy album z przypadkowym ułożeniem zdjęć, w którym każde z nich musimy traktować osobno.


 

+

Filip Springer - www.xiegarnia.pl 07-11-2014 10:07

Podręcznik pokory

Książka Niedenthala to doskonałe antidotum na bezkrytyczny sentyment za PRL-em. 

Wobec takich książek i takich fotografów jestem po prostu bezradny. Cóż bowiem ja, trzydziestolatek z lekkim haczykiem, człowiek na dorobku, mogę napisać mądrego o Chrisie Niedenthalu? Nic. Mogę oddać hołd, paść na kolana i sławić jego imię, pławiąc się w radości, że oto łaska na mnie i na wszystkich spłynęła, że jego następna książka ujrzała światło dzienne. Tym razem chodzi o „Wybrane Fotografie 1973-1989. Przecież recenzować Niedenthala nie będę, resztki rozumu jeszcze mam. Przedstawiać go też nie zamierzam – kto nie wie, kim Niedenthal jest, niech natychmiast zapadnie się ze wstydu pod ziemię i tamże tę wiedzę uzupełni. Pozostaje mi jedynie bezgłośny zachwyt, ale tekst rządzi się swoimi prawami, a milczenie do nich nie należy.

Pisze Jerzy Pilch (kolejny powód, by milczeć pokornie) we wstępie do tego albumu: „Miałem zamiar zacząć ten tekst o albumie Chrisa Niedenthala z przytupem i, krok po kroku, figura po figurze, parę absurdów chciałem pokazać, ale traf zdarzył, że ledwo pierwszy gest zrobiłem, opanowała mnie, wciągnęła magia jego zdjęć”.

Mam tak samo jak Pilch – o ile wolno mi tak napisać i nie spłonąć żywcem of gromu z jasnego nieba. Otwieram i wsiąkam. Na kolejnych stronach rozgrywa się tragikomedia czasu demoludów w najlepszym wydaniu. Ja jej nie pamiętam, dla mnie i tych, którzy urodzili się jeszcze później tamten czas to jedynie mgliste wspomnienie kolejek po gumę Donald. Traumy od tego nie mamy. Niewiele z tamtych lat pamiętamy, niewiele z tego rozumieliśmy. To dlatego w naszym pokoleniu wykiełkował i rozkwitł ten miałki i tani sentyment do wszystkiego co z czasem dzieciństwa nas łączy. Mierzi mnie on, ten PRL-owski sznyt, moda na stylistykę tamtych czasów, która często, choć nie zawsze, oznacza jedynie siermięgę. I brak nad tą siermięgą jakiejkolwiek refleksji. Tak wiem, sam napisałem książkę o tym, że w architekturze tamtego czasu zdarzały się rzeczy dobre. I potem musiałem odpowiadać dziesiątki razy na to samo pytanie – to może wtedy było całkiem fajnie? Otóż zdaje się, że nie było. Nie, żebym coś pamiętał, ale rodzice mi mówili, że stanie godzinami w kolejkach po masło czy cukier to jednak był średni fun i pomysł na młodość. Dziś na Placu Zbawiciela pamięć o tej drugiej (a raczej pierwszej) twarzy „czasów naszego dzieciństwa” zdaje się nie być w najlepszej kondycji. A może w ogóle jej nie ma?

Dlatego dla takich szczyli jak ja (a zwłaszcza tych jeszcze młodszych, którzy urodzili się już po 1989 roku) ta książka to nieoceniony podręcznik pokory wobec przeszłości. Zdjęcia Niedenthala bywają dowcipne ale tylko w pierwszym odbiorze. Spoglądamy i zaczynamy się śmiać, bo przecież sytuacje, które uchwycił, są tak absurdalne. Nawet ten słynny czołg pod kinem Moskwa, w którym akurat grają „Czas Apokalipsy”. A potem nasz wzrok skupia się na detalach – na czołgu, na tamtej zimie, na złowrogim słowie Moskwa. I uśmiech, przynajmniej tym, którzy mają trochę oleju w głowie, znika. Z czołgiem zresztą jest łatwo, bo to zdjęcie jest znane i wytłumaczone, nawet największy ignorant będzie wiedział i rozumiał. Ale są w tej książce zdjęcia, zwykłe migawki z polskich ulic lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, którym wystarczy przyjrzeć się bliżej, by nie było nam do śmiechu. Siermięga, bieda i umęczeni ludzie w krainie absurdu. Z każdą kolejną fotografią dociera do nas, że to się działo naprawdę i tak naprawdę w ogóle nie było zabawne. Niby wiedzieliśmy, ale przecież nasze wyobrażenie o tamtym czasie formowało się w oparciu o „Alternatywy 4”. Oglądamy więc zdjęcia i sentyment do czasów tamtego niedoboru znika.

Jest tam taka fotografia, która mi dała w twarz szczególnie mocno. Poznań, rok 1982. Stan wojenny. Ulica Święty Marcin, ta sama, którą każdego dnia przez pięć lat jeździłem rowerem na uczelnię. Widać nawet kawałek budynku mojego wydziału. Akurat ten fragment miasta zmienił się od tamtego czasu bardzo nieznacznie, może przybyło trochę reklam, ale kto jest z Poznania lub w Poznaniu bywa, ten od razu pozna to miejsce. Na środku ulicy milicyjne suki i ponurzy milicjanci. Będą zaraz pałować, co do tego nie ma raczej wątpliwości. Patrzę na ich twarze umieszczone w otoczeniu, które tak dobrze znam, które jest moje, i myślę sobie, że to jednak naprawdę dobrze, że się na tamten czas załapałem tylko takim małym i w gruncie rzeczy nieistotnym skrawkiem biografii.

+

Dagmara Staga - www.culture.pl 07-11-2014 09:36

"Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973-1989"

 

Album Chrisa Niedenthala to zbiór niemal trzystu zdjęć, w tym wielu niepublikowanych wcześniej. "Chciał dać jakieś peerelowskie panopticum, a dał nieskończenie mocniejsze od kontekstów, zwłaszcza od kontekstów politycznych, dzieło sztuki" – pisze we wstępie Jerzy Pilch.

Porządki w pewnej nowojorskiej agencji fotograficznej oraz okrągła rocznica wydarzeń z 1989 roku stały się dla wydawnictwa Bosz pretekstem do wydania obszernego albumu Chrisa Niedenthala, dokumentalisty zmieniającej się Europy, przede wszystkim jednak Polski.

"Wiele z tych zdjęć, które znalazły się w albumie dopiero niedawno zobaczyłem po raz pierwszy.  Jako korespondent zagraniczny wysyłałem rolki filmu jak najszybciej na Zachód do Newsweeka czy Time’a, zwłaszcza w czasach solidarności, czy stanu wojennego; były one ukrywane i przemycane. Potem przez 30 lat przeleżały w archiwach redakcji i agencji. Niedawno jedna z nowojorskich agencji odesłała moje filmy, ponieważ nie chce już przechowywać slajdów i digitalizuje zbiory" – komentuje artysta.

Chris Niedenthal, Gdańsk 1980. Elektryk Lech Wałęsa, w obecności teściowej, żegna się z żoną Danutą przed wyjściem do nowej pracy już jako szef właśnie założonego, niezależnego związku zawodowego Solidarność, fot. materiały promocyjneChris Niedenthal, Gdańsk 1980. Elektryk Lech Wałęsa, w obecności teściowej, żegna się z żoną Danutą przed wyjściem do nowej pracy już jako szef właśnie założonego, niezależnego związku zawodowego Solidarność, fot. materiały promocyjne

W albumie znalazło się 288 zdjęć z trenów byłej Czechosłowacji, Bułgarii, NRD, Rumunii, Jugosławii, Węgier, Związku Radzieckiego oraz Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Każda z fotografii stanowi wyraziste świadectwo codziennego życia i oficjalnych wydarzeń, które okazały się bezcennymi dowodami historii dla przyszłych/obecnych pokoleń.

Konstrukcja książki pozornie może wydawać się nieco chaotyczna. Na okładce zdjęcie, które nie należy do panteonu Niedenthalowych kadrów, dzięki którym nazwisko fotografa zapisało się na kartach historii. Pies, husky – medalista z Kijowa z 1989 roku w konkursie psów pociągowych. Wewnątrz wstęp Jerzego Pilcha w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. Następnie blisko 300 fotografii dosłownie wrzuconych do środka. Bez podziału tematycznego, geograficznego czy chronologicznego. W różnych formatach i rozmiarach.

Więcej zdjęć (12)

Zdjęcia z albumu "Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973-1989" [galeria]

Ta anomia jest jednak pozorna, bo stanowi odbicie świata, o którym za pomocą obrazów opowiada Niedenthal. Pomniki Lenina, Milicja Obywatelska, dziewczynka pilnująca bożonarodzeniowych karpi, pielgrzymi na Jasnej Górze, bułgarskie szwalnie, węgierska giełda, demonstracje, kolejki sklepowe, świnie w bagażniku fiata – tematyczny chaos składa się na spójny obraz ówczesnej rzeczywistości.

Nieważne jednak, czy na zdjęciu widać pożar odwiertu ropy w Karlinie czy dzieci w moskiewskiej szkole - każdy kadr jest formalnie bez zarzutu. W fotografiach Niedenthala nie ma zbędnych rzeczy, źle przyciętych krajobrazów, nierównych linii. Zdjęcia z albumu "Wybrane fotografie 1973-1989" funkcjonują jak zbliżenia w interaktywnych mapach. Pokazują zarówno detal, jak i zarysowują obraz ogólny.

Chris Niedenthal, Wrocław, lato 1982, fot. materiały promocyjneChris Niedenthal, Wrocław, lato 1982, fot. materiały promocyjne

Portret bieszczadzkiego smolarza obnaża przed oglądającym warunki życia jego i jemu podobnych. Widać biedę, zrezygnowanie, alkohol jako odskocznię, ale i zamyślenie, refleksję nad gorzką rzeczywistością. Kobieta spacerująca samotnie po zniszczonym Wrocławiu zwraca uwagę widza na "osamotnienie" miast skrzywdzonych brakiem kompleksowej polityki urbanistycznej. Lech Wałęsa całujący żonę Danutę przed wyjściem do pracy to metafora nadziei na lepsze jutro.

"Paradoks Niedenthala i skala jego talentu zasadza się na tym, że chcąc stworzyć galerię przedmiotowych osobliwości dawnego systemu, stworzył komiczny, dramatyczny i wyjątkowo mocny obraz życia prawdziwego. Chciał dać jakieś peerelowskie panopticum, a dał zawsze nieskończenie mocniejsze od kontekstów, zwłaszcza od kontekstów politycznych, dzieło sztuki" – pisze we wstępie Jerzy Pilch.

+

Barbara Gruszka-Zych - Gość Niedzielny 07-11-2014 09:01

Fotoreporter jak kierowca

O pocałunkach, zimnych oczach i domach bez domofonów z Chrisem Niedenthalem rozmawia Barbara Gruszka-Zych.

 

Barbara Gruszka-Zych: Kto Panu ustawia te świetne kadry?

Chris Niedenthal:To już chyba musi być ktoś wyżej. (śmiech) Fotograf powinien mieć oko nastawione na to, żeby widzieć rzeczy, które w pierwszym momencie nie każdy potrafi zobaczyć.

Trzeba stale nosić ze sobą aparat…

Jak się jest fotoreporterem, to zazwyczaj się go ma. Przez większość życia chodziłem z aparatem.

Fotoreporterzy chorują na kręgosłup. Pan też dorobił się takiej dolegliwości?

Niestety tak. Noszenie ciężkiej torby na jednym ramieniu przez kilkadziesiąt lat nie wpływa dobrze na zdrowie kręgosłupa.

To cena tego zawodu. Do tego dochodzi psychiczne oddanie się tej robocie na wyłączność.

Rzeczywiście, trzeba być w stałej gotowości. Ale żeby być dobrym fotografem, trzeba swoją pracę kochać, a nie tylko lubić. Lubienie to za mało, potrzebna jest miłość, i to często od pierwszego wejrzenia.

Ile Pan musiał za to zapłacić?

Praca fotoreportera utrudnia życie rodzinne. Gdybym robił zdjęcia w studiu, byłbym w domu codziennie. Jako fotoreporter większość zdjęć robiłem poza swoim domem, swoim miastem, a często też poza swoim krajem.

Jak znosiła to Pana żona?

Chapeau bas dla mojej żony Karoliny, że ze mną wytrzymała przez 38 lat. Wzięliśmy ślub trzy lata po tym, jak przyjechałem do Polski z Londynu. Byłem świeżym, niedoświadczonym fotografem i starałem się intensywnie pracować. Lata 70., 80. spędzałem na wyjazdach. Dla mojego syna też nie była łatwa stała nieobecność ojca.

Zrobił Pan genialne zdjęcie całujących się Danuty i Lecha Wałęsów. Scena jak z „Love story”. Widać na nim, jak oni musieli się kochać.

Mówi się, że fotograf pamięta wszystkie zdjęcia, a ja tej klatki akurat nie pamiętałem. Pewnie dlatego, że w tamtych czasach nigdy nie oglądałem swoich zdjęć. Po zrobieniu wysyłałem je niewywołane do Nowego Jorku, do „Newsweeka”. Tam je wywoływali, bo wtedy mieli stuprocentową pewność, że były zrobione specjalnie dla nich. Trafiłem na tę fotografię dopiero niedawno, kiedy przygotowywałem wystawę „Solidarność jest kobietą”. To zdjęcie zrobiłem już po strajku. „Solidarność” dostała nową siedzibę w Gdańsku-Wrzeszczu. Umówiłem się z Lechem, że zjemy sobie wspólnie śniadanie, a potem pojedziemy do jego nowej pracy. No i stałem się świadkiem sceny, kiedy Lech całuje swoją żonę na „do widzenia”. Całuje Pan żonę, wychodząc do pracy? No, czasami tak…(śmiech) To nie było tak, że powiedziałem: „Lechu, pocałuj Danusię”, ale to stało się całkiem naturalnie. Oni wyglądają na tym zdjęciu jak dwa gołąbki.

Nikt inny nie pokazał takiej czułości Wałęsów. Kiedy opowiadał Pan o swoim małżeństwie, wyobraziłam sobie, że też z żoną musieliście mieć takie chwile czułości jak ta na zdjęciu.

Trzeba się całować na „do widzenia”, bo w naszej pracy jest dużo tych pożegnań. Faktycznie, wśród fotoreporterów jest sporo rozwiedzionych. To wynika z ciągłego życia w oddaleniu od rodziny, pod presją nowych wydarzeń.

Takim niezwykłym wydarzeniem był początek strajku w Stoczni Gdańskiej, który Pan sfotografował jako pierwszy na świecie.

Tak, byłem tam już drugiego dnia strajku, tyle że potem musiałem jechać na wczasy z żoną i dzieckiem. Nasze małżeństwo istnieje dlatego, że wtedy nie tupnąłem nogą i nie postawiłem na swoim, mówiąc, że wracam do stoczni. Żona powiedziała: „Pojedziesz do Gdańska po moim trupie, bo mamy wczasy wykupione na południu Polski”. No i pojechaliśmy na wczasy. W tym momencie wyszło, kto ma pierwszeństwo – praca czy rodzina. Na początku strajku zrobiłem w pracy swoje, teraz musiałem zająć się rodziną. Przez te dwa tygodnie denerwowałem się, ale kiedy wróciłem, strajk jeszcze trwał. Zdziwiłem się, że w stoczni są dziennikarze z całego świata, że fotoreporterzy mogą fotografować, co chcą.

A kiedy Pan tam trafił, nie pozwalali na to.

Drugiego dnia strajków poza mną i brytyjskim korespondentem nie było tam nikogo z mediów. Ten dziennikarz zadzwonił do mnie i powiedział, żebym z nim jechał, bo pewnie sam się bał, a że nie chciał brać konkurencji, poprosił fotoreportera. Miałem świadomość, jakie są problemy z wejściem do obiektów przemysłowych, a na dodatek tam trwał nielegalny strajk. Dlatego jechałem do stoczni z duszą na ramieniu i rzeczywiście był problem. Stoczniowcy bali się wpuścić dziennikarzy zagranicznych, bo wiedzieli, że to hak na nich, że wpuszczają szpiegów z Zachodu bez pozwolenia ministerialnego. A my po wyjściu od nich mogliśmy zostać natychmiast aresztowani i posądzeni o szpiegostwo. Poprosiłem, żeby chociaż wpuścili dziennikarza. Po pół godzinie zgodzili się na niego, ale nie na mnie.

Zdjęcia byłyby bezpośrednimi dowodami „przestępstwa”.

No właśnie. Po kolejnych 20 minutach zgodzili się, żebym wszedł z nim jako tłumacz, ale, broń Boże, nie robił zdjęć. Jednak to był już sukces, miałem nogę w bramie. Zaprowadzili mnie do sali BHP, o której wtedy nikt nie miał pojęcia, jakim symbolem się stanie. Posadzili nas obok jakiegoś pana z wąsem. Właśnie trwały negocjacje między komitetem strajkowym a dyrekcją. Tłumacząc dziennikarzowi, co mówi pan z wąsem, już w pierwszych minutach zorientowałem się, że to człowiek z charyzmą, który może coś zdziałać. Ale targały mną nerwy, bo obok tworzyła się historia, a ja obiecałem, że nie zrobię zdjęć. Kiedy zarządzono przerwę w obradach, zdecydowałem się wyciągnąć aparat. Stanąłem za Klemensem Gniechem, dyrektorem stoczni, żeby mnie nie widział, i w wielkim strachu zacząłem robić zdjęcia. To był mój chrzest bojowy.

Kiedy wrócił Pan do stoczni, Wałęsa Pana kojarzył?

Tak, pamiętał mnie z pierwszych dni. A w tamtych czasach, już po strajku, często bywałem u niego w domu. Wiedział, że im więcej prasa światowa będzie pisała o tym, co tam się dzieje, tym są większe szanse, żeby coś z tego wyszło.

Jak go Pan zapamiętał z tego czasu?

Jako naturszczyk był fantastyczny. Nie wypadał dobrze, czytając z kartki, ale kiedy mówił od siebie, to robiło wrażenie. Sam był narwany, ale umiał gasić emocje tłumu. Miał to „coś”.

Fotografował Pan dyktatorów upadających krajów komunistycznych. Jacy byli?

Podpatrywałem Gierka, Jaroszewicza, Żiwkowa, Kádára, Husáka i innych przywódców partii komunistycznej w tzw. bratnich krajach. To był prawdziwy partyjny beton, brakowało im charyzmy. A Lechu, tak jak i Václav Havel, ją miał. Był dzięki temu ciekawszy do fotografowania.

Zrobił Pan zdjęcie gen. Jaruzelskiemu bez czarnych okularów, z bezbronną, można powiedzieć – piękną twarzą.

Wygląda na nim jak aniołek. To był chyba 1981 rok. Siedzi w Sejmie w ławce rządowej. Jest w garniturze, bez munduru i bez jakichkolwiek okularów, co było u niego rzadkością.

Wygląda na nim, że jest taki niewinny. Czy zdjęcia kłamią?

Wszystko zależy od odbioru. To była jego ludzka odsłona. Mam też zdjęcia, na których wygląda jak dyktator. Uważam, że to była tragiczna postać. Na dodatek w późniejszych latach był moim sąsiadem. Kiedy jeszcze miałem psa i około północy chodziłem z nim na spacery, to nieraz spotykałem gen. Jaruzelskiego też z psem albo bez niego, ale zawsze z ochroniarzem. Zwykle mój pies zaczynał wtedy szczekać na jego psa, więc przechodziłem na drugą stronę ulicy.

Fotografie mogą stygmatyzować?

Tak, dlatego do nowo wydanego albumu nie wybrałem żadnego zdjęcia w okularach, bo na nich gen. Jaruzelski przypomina południowoamerykańskiego dyktatora.

Przyszło mi na myśl „Powiększenie” Antonioniego, gdzie na z pozoru idyllicznej focie po przyjrzeniu się widać mordercę. Fotografie mają swoje tajemnice…

Tak często bywa. Ktoś mi niedawno mówił o zdjęciu w muzeum w Niemczech. Zrobiono je w czasie wojny. Przedstawia brodzącą w rzece kobietę z podkasaną spódnicą. Dopiero po przeczytaniu komentarza przeżywamy wstrząs. Okazuje się, że ta kobieta została wysłana przez żołnierzy do sprawdzenia, czy w rzece są miny. W każdej chwili mogła wylecieć w powietrze.

Jak się Panu fotografowało Jana Pawła II?

Świetnie! Miał piękną twarz, pełną mądrości i humoru. Na zdjęciach najważniejsze są oczy. Widać w nich dobroć albo zło. Jeśli ktoś jest zły, to może być przystojny, ale ma zimne oczy. Karol Wojtyła miał ciepłe oczy.

Kto ma takie zimne oczy?

Jak patrzę na Putina, to w jego oczach widzę kawał muru. Pewnie tak samo ludzie myśleli o Hitlerze i Stalinie.

Dokumentował Pan trzy pierwsze pielgrzymki Jana Pawła II.

Jego rodzinne Wadowice odmieniły moje życie. Byłem tam nad ranem następnego dnia, kiedy został papieżem. To był mój piąty rok w Polsce, nie wiedziałem, jakie zdjęcia stąd sprzedawać na Zachodzie, bo nikt tak naprawdę nie wiedział, gdzie jest Polska. Tego dnia wróciła w blasku na mapę świata. Poszedłem do proboszcza rodzinnej parafii Karola Wojtyły, a on wyciągnął księgę chrztów i dopisał po łacinie, że Karol został papieżem. Pomijając moje uczucia religijne, to był dla mnie bardzo ważny moment w karierze, idealny, żeby zaistnieć. Utrwaliłem na zdjęciu tamtą chwilę.

W czym tkwi sekret dobrego zdjęcia?

Zdjęcie, że tak powiem, musi mieć ręce i nogi. Jeżeli dodasz do tego dobrą kompozycję, to jest w porządku. Ale dla mnie liczy się bardziej treść niż forma.

Ale przecież Pana zdjęcie przedstawiające postać starszej kobiety z laską, w miejscu wyburzonego domu we Wrocławiu, to wielkie malarstwo symboliczne, pokazujące prawdę o minionym ustroju.

To był 1982 rok. Znalazłem wtedy dobre miejsce na piętrze domu, z którego mogłem je zrobić. Ale wtedy nie było domofonów, które dziś są przekleństwem fotografów. Można było wejść na klatkę schodową bez problemów. Dawniej ludzie chętniej wpuszczali do domów i mogłem wtedy fotografować z czyjegoś okna. A w ogóle w latach 60., 70., gdy było mało kawiarni i restauracji, to właśnie w domach odbywało się życie towarzyskie. To mnie przyciągnęło do Polski z Londynu. Urodziłem się tam w polskiej rodzinie i bardzo rzadko byłem zapraszany do angielskich domów, bo Anglicy nie mieli takiego zwyczaju.

Albo zdjęcie kobiety ubranej w płaszcz, czekającej w domowym rozgardiaszu na przywóz węgla. Jak Pan ją znalazł?

Fotoreporter, tak jak kierowca, musi myśleć naprzód. Zobaczyłem na warszawskiej ulicy wóz konny z węglem. To były pierwsze tygodnie stanu wojennego. Pomyślałem, że ten węgiel musi gdzieś wylądować. I trafiłem właśnie do tej pani. Zaskoczyłem ją, ale na zdjęcia się zgodziła, bo czekała z utęsknieniem na ten węgiel. Bo fotoreporter musi potrafić wejść w czyjeś życie na bardzo krótko i z zaskoczenia.

I pokazać o tym kimś prawdę. Jaką prawdę chciał Pan pokazać o niepełnosprawnych intelektualnie, fotografowanych przez ostatnie 10 lat?

Na zdjęciach widać ludzką twarz tych dzieci, które raczej się chowa przed światem. Zająłem się tym tematem ze względu na Michała, syna mojej kuzynki, niepełnosprawnego intelektualnie i niechodzącego. Urodził się zdrowy, ale po pół roku złapał zapalenie opon mózgowych. Uratowano mu życie, jednak mózg został uszkodzony. Moja kuzynka zabiera go wszędzie, by pokazać, że takich dzieci nie trzeba się wstydzić, choć dla niektórych nie jest to łatwe przebywać w towarzystwie dziecka, z którym pozornie nie ma kontaktu.

Fotografowani cieszyli się z tych zdjęć?

Widziałem, że to była dla nich frajda. Na wernisaże przychodzili szczęśliwi, że są ich bohaterami. Chwalili się przed kolegami i koleżankami. Tyle mogłem dla nich zrobić jako fotograf.

Co jest dla Pana najważniejsze?

Żeby nie robić drugiemu tego, co mnie niemiłe. Jeśli nie jesteś świnią wobec innych, to, miejmy nadzieję, oni też nie okażą się świniami wobec ciebie.

Chris Niedenthal

– jeden z najbardziej znanych i docenianych fotoreporterów w Europie. Urodził się w Wielkiej Brytanii w rodzinie polskich emigrantów, ale mieszka w Polsce. Współpracował m.in. z czasopismami: „Newsweek”, „Time”, „Forbes” i „Der Spiegel”. Jako pierwszy zagraniczny reporter fotografował strajk stoczni w Gdańsku. W 1986 został laureatem World Press Photo za portret przywódcy węgierskich komunistów Jánosa Kádára. Uważany za autora najsłynniejszych w historii zdjęć z bloku wschodniego. Właśnie nakładem wydawnictwa BOSZ ukazał się jego album Chris Niedenthal. Fotografie wybrane 1973–1989.

+

Piotr Kała - www.fotoblogia.pl 07-11-2014 08:57

Od poniedziałku 6 października w księgarniach można dostać najnowszy album Chrisa Niedenthala "Wybrane fotografie 1973-1989", pokazujący ostatnie blisko dwie dekady minionego ustroju. Jest to nie tylko kawał świetnej fotografii, ale i dokument tamtych czasów.

Czy fakt, że urodził się Pan na Zachodzie, pozwoliło Panu patrzeć na tutejszą rzeczywistość inaczej, niż polscy koledzy po fachu?

Zacznę od tego, że pracując dla zachodnich czasopism nigdy nie otrzymywałem jakichkolwiek instrukcji co do stylu pokazywania rzeczywistości w Polsce, w latach PRLu. To, że urodziłem się w Anglii i tam spędziłem pierwsze 22 lata mojego życia na pewno miało jakiś wpływ na moje fotografowanie – ale tak naprawdę, nie mnie mówić na czym to polegało. Zachodnia Europa i Wschodnia Europa tak diametralnie się różniły, że byłoby trudno w taki sam sposób te dwa rejony fotografować. Ale przecież moi polscy koledzy równie dobrze fotografowali PRL – choćby Krzysztof Barański, Sławek Biegański, Krzysztof Pawela i mnóstwo innych fotografów. Nie wiem, czy moją jedyną przewagą była ta, że fotografowałem na dobrych kolorowych filmach, i to diapozytywowych, a moi polscy koledzy zazwyczaj na filmach czarno-białych. Jeśli w ogóle można powiedzieć, że to akurat było przewagą.

Targ w Grójcu, stan wojenny, rok 1982. Targ w Grójcu, stan wojenny, rok 1982.© Chris Niedenthal

A jakie miał Pan "stosunki" ze służbą bezpieczeństwa?

Myślę, że służby bezpieczeństwa zawsze były szczególnie zainteresowane zachodnimi fotoreporterami, i mieli nas na oku. Widać to choćby z mojej teczki IPN, którą otrzymałem kilka lat temu. Zapisywano moje pobyty w różnych niewinnych miejscach i przekazywano je szczegółowo do centrali (MSW) w Warszawie. Byliśmy znani agentom bezpieki i często nas po prostu zwijano z ulicy przed jakimiś większymi demonstracjami. Teraz zdaję sobie sprawę z tego, że traktowano nas w miarę ulgowo przy takich zatrzymaniach. Nie bito nas, nie wsadzano nas na 48 godzin. Teraz mi to łatwo mówić – ale wtedy wcale to jednak nie wyglądało aż tak różowo.

Danuta i Lech Wałęsa w 1980 roku. Danuta i Lech Wałęsa w 1980 roku.© Chris Niedenthal

Podobno niektóre ze zdjęć z albumu zostały odnalezione w Pańskim archiwum dopiero niedawno?

Dopiero teraz zaczynam przeglądać tysiące pudełeczek ze slajdami z dawnych lat. Przez to, że do "Time’a" czy "Newsweek’a" trzeba było wysyłać filmy naświetlone, ale niewywołane, nigdy nie widziałem efektów mojej pracy, poza tymi zdjęciami, które zostały opublikowane. Kiedy do mnie filmy wracały, byłem już zajęty innymi tematami i nigdy nie miałem czasu ich oglądać. Ale w tym albumie jest sporo zdjęć stosunkowo niedawno “odnalezionych” przeze mnie. Dwa lata temu znalazłem to zdjęcie, na którym Lech Wałęsa całuje swoją żonę Danutę przed wyjściem do pracy. W tym roku odnalazłem zdjęcie ze strajku okupacyjnego studentów Uniwersytetu Łódzkiego z 1981r., na którym widać szatnię tymczasowo przerobioną na magazyn z żywnością dla strajkujących studentów. Kiełbasy wiszą na hakach z numerkami! A zdjęć jeszcze nieodnalezionych mam sporo. Dziesiątki tysięcy na pewno. Ale czy tam są jakieś “perełki” to wolę tego słowa nie wypowiadać.

Wrocław, 1982 rok. Wrocław, 1982 rok.© Chris Niedenthal

Czy zdjęcia z albumu powstały na zlecenie wspomnianych pism, czy przy okazji?


Moje fotografie z lat 70. były w większości robione dla siebie, często “do szuflady”. I te oczywiście były wywoływane tu w Warszawie i miałem je u siebie. Dopiero jak rozkręciła się praca dla amerykańskiego "Newsweek’a" a później "Time’a", to takie zdjęcia życia codziennego robiłem bardziej przy okazji. Choć akurat wszystkie zdjęcia z Wrocławia były zrobione podczas pracy nad reportażem o tym mieście dla niemieckiego "Geo". Pracowałem zawsze ściśle z dziennikarzami, ale czasami sam proponowałem tematy. Oczywiście wszystkie fotografie polityków i innych dygnitarzy lub po prostu interesujących ludzi robione były do zleconych reportaży.

Warszawa, sklep mięsny, lata 80. Warszawa, sklep mięsny, lata 80.© Chris Niedenthal

Co w zawodzie fotoreportera jest dla Pana najlepsze?


Bycie fotoreporterem to jest być tam, gdzie coś ciekawego się dzieje. A, jak często bywało akurat w moim przypadku, tam gdzie tworzy się historia. I to właśnie jest fantastyczne! Większość ludzi oglądało wydarzenia w prasie lub telewizji – a fotoreporter musiał być tam, na miejscu. I to blisko. To jest piękne uczucie.

Karlino, rok 1981. Karlino, rok 1981.© Chris Niedenthal

Czy w dzisiejszej codzienności w Polsce widzi Pan jakieś interesujące historie, które warto sfotografować, a może jeszcze nie zostały udokumentowane?

Na pewno jest mnóstwo interesujących rzeczy do sfotografowania w Polsce, i to wcale nie musi być gdzieś daleko – może być niedaleko domu. Trzeba mieć w sobie ciekawość – wtedy do różnych niesamowitych ludzi, rzeczy, czy wydarzeń można śmiało dotrzeć. Wcale nie trzeba jechać na drugi koniec świata, do tzw. “egzotycznych” krajów, żeby dopiero tam zrobić coś dobrego i interesującego. Oczywiście trudno dziś powiedzieć co już było udokumentowane, a co nie. Ale jak nie spróbujesz – to nigdy się tego nie dowiesz!

Kalwaria Pacławska, rok 1977. Kalwaria Pacławska, rok 1977.© Chris Niedenthal

A czy współcześni młodzi fotografowie "prawidłowo" reagują na otaczającą ich rzeczywistość dokumentując ją?

Dlaczego mieliby nie reagować “prawidłowo”? Przecież to jest instynkt i wynik wrażliwości każdego fotoreportera. Dzisiaj dokumentuje się w nieco inny sposób, niż za moich czasów, ale to jest prawo młodości, i przyszłość należy właśnie do młodych.

© Chris Niedenthal

Jakie wydarzenie dziś byłoby na tyle interesujące, aby poszedł Pan na nie z aparatem, żeby je udokumentować?

Wolałbym nie wywoływać wilka z lasu!

+

Maja Święcicka - www.natemat.pl 01-10-2014 10:36

Mistrzowsko uchwycona rzeczywistość 1973- 1989

 

© Chris Niedenthal. Lech Wałęsa żegna się z żoną Danutą przed wyjściem do pracy biurze NSZZ © Chris Niedenthal. Lech Wałęsa żegna się z żoną Danutą przed wyjściem do pracy biurze NSZZ "Solidarność" we Wrzeszczu. Z prawej Feliksa Golos, matka Danuty Wałęsowej. Bosz Urodziłam się kiedy to wszystko odeszło. Nawet nie liznęłam czasów PRL-u. Jest to więc dla mnie coś trochę mistycznego, coś co musiało mieć duży wpływ na moich rodziców i pośrednio pewnie na mnie. Rzeczywistość jednak zupełnie dla mnie nieuchwytna. Przeglądam więc po raz kolejny zdjęcia z najnowszego albumu wydawnictwa Bosz „Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973-1989” i zaczynam czuć historię, po raz kolejny, trochę bardziej załapywać tamtą rzeczywistość.

Każdy widział te wielkie zdjęcia Niedenthala, klasyczny „Czas Apokalipsy”, rewolucje, działacze i strajki. Mistrzowsko uchwycona historia. Najnowszy album pokazuje jednak już nie tylko politykę. Znalazłam tutaj zdjęcia chłopaków na deskorolkach i pokazu mody na Placu Defilad. Na okładce jest obwieszony orderami pies, bardzo poważny champion sfotografowany na wystawie psów. A więc nie tylko Solidarność. Okładka albumu Okładka albumuBosz Chris Niedenthal miał farta. Załapał się na najlepsze lata dla swojego zawodu. Sam to przyznaje w wywiadach. Mógł bez większych ograniczeń przemieszczać się po świecie. Jako pracownik tytułów takich jak „Time” czy „Forbes” miał wstęp za kulisy wielu interesujących wydarzeń. Ponieważ posługiwał się brytyjskim paszportem mógł się cieszyć w PRL-u znacznie większą wolnością, niż przeciętni obywatele. Fotografował Polskę komunistyczną i ona zawsze pozostaje tłem tych zdjęć. Niekoniecznie jednak głównym tematem. W najnowszym albumie można zobaczyć przeróżne twarze, nie tylko te walczące, także te codzienne, przyklejone do sklepowych witryn, roześmiane, dziecinne i czasem zamyślone. © Chris Niedenthal. Pokaz mody na Placu Defilad w Warszawie © Chris Niedenthal. Pokaz mody na Placu Defilad w WarszawieBosz Polska z zamkniętymi granicami, sprzed ogólnodostępnego Google, bez telefonów komórkowych i allegro to dla mnie rzeczywistość surrealistyczna. W politykę angażuję się jedynie raz na jakiś czas podpisując petycję, lub narzekając na zbyt wysokie krawężniki dla rowerzystów. Wojsko widziałam tylko na paradach, albo przed Belwederem. Warszawa jest rujnowana nietrafionymi inwestycjami, reklamami i kiepską kolorystyką, ale nie ma już powojennych ruin, nie ma śladów po kulach w budynkach, które widziałam w podręcznikach od historii. © Chris Niedenthal © Chris NiedenthalBosz PRL do pewnego momentu kojarzył mi się wyłącznie z długimi kolejkami, Modą Polską, neonami, głupimi zakazami i festiwalem w Jarocinie. Chris Niedenthal trochę rozszerzył mi percepcję tamtych czasów i zrobił to pięknie. Album „Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973-1989” ze wstępem Jerzego Plicha polecam bardzo. Kupić można choćby tutaj, na stronie wydawcy. © Chris Niedenthal © Chris NiedenthalBosz     http://natemat.pl/118875,mistrzowsko-uchwycona-rzeczywistosc-1973-1989?ticket=fd15cbb5c3c10ce7dfec7b22ed509f14
+

www.gazeta.pl 01-10-2014 08:58

Chris Niedenthal: Po upadku komunizmu Polska przestała być ciekawa dla zagranicznych pism

 

Dziś jest moda bardziej na rozrabianie niż na tworzenie. Charyzmatyczni ludzie skończyli się dla mnie ze śmiercią Margaret Thatcher czy Ronalda Reagana - mówi nam Chris Niedenthal, jeden z najbardziej znanych i docenianych europejskich fotoreporterów. 6 października na rynku pojawi się album "Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973-1989" - kompleksowy wybór zdjęć tego autora, ze słowem wstępnym Jerzego Pilcha.

Jestem ostatnim rocznikiem stanu wojennego...

- To pan młody jest...

 

Młody to pan był, jak pan do Polski przyjechał i został na stałe...

- Fakt, miałem 22 lata.

I, jak sam pan wspominał, do Polski przyjechał pan jako „zimna ryba” - Anglik, który nie umie pić wódki.

 

- Zgadza się. W Anglii ani piwa, ani whisky, a przyjechałem do Polski i okazało się, że i z wódką jestem na bakier. Oczywiście będąc młodzieńcem, trochę tego wypiłem, bo wypadało, ale dla mnie to jak picie acetonu.

 

Polskość oparta na wódce to nie było dla pana.

- Oj, nie. Starałem się jak mogłem dopasować, ale nieskutecznie.

 

Mówił pan, że jak już ma być Polakiem, to lepiej Polakiem w Polsce niż Polakiem w Anglii. No i przyjeżdża pan, nie po raz pierwszy oczywiście, ale ukształtowany przez angielskie szkoły, z angielskim myśleniem o świecie, w Polsce bywał pan dotąd tylko na wakacjach - w arkadii dzieciństwa, czyli widział pan ten lepszy kawałek kraju. Przyjeżdża - i zostaje. I jaka była ta Polska?

- Już wcześniej zafascynowałem się tym krajem. Polska była biedna, ale ciepła. Chodzi tu oczywiście o ludzi. Ciekawiła mnie o wiele bardziej niż ówczesny Londyn, w którym, owszem, mieszkałem i żyłem, ale do którego nigdy jakoś się nie dopasowałem. A wcześniej jeszcze byłem w szkole z internatem, w zakonie benedyktyńskim, a to miejsce prądy z Londynu raczej omijały.

Kalwaria Pacławska 1977 rok (fot. Chris Niedenthal)Kalwaria Pacławska, 1977 r. (fot. Chris Niedenthal)

 

Za to klub fotograficzny pan założył.

- Tak, oficjalnie dla wszystkich, a właściwie dla siebie (śmiech). Rodzice mieli nadzieję, że skupię się na nauce. Zdałem maturę, ale zainteresowań nie porzuciłem.

 

Pytam o Polskę, bo przejrzałem zdjęcia, które trafiły do pana albumu wydanego przez BOSZ. Moją uwagę zwróciły nie fotografie ze Stoczni Gdańskiej, tylko ta Polska bardziej zacięta, ze spuszczonym wzrokiem... Nie zapytam o „Czas Apokalipsy”, bo w każdym wywiadzie pana o to pytają...

(śmiech)

 

...a zapytam o szwaczkę za maszyną. I o tę drugą panią, która patrzy znad filiżanki. Widzę dwie części tego albumu. Ta pierwsza wygląda, jakby pan odbył tournée po zakładach pracy.

- Czasami trzeba było fabryki fotografować. Ale w tych fabrykach interesowali mnie ludzie, a nie ich praca. Ta dziewczyna przy maszynie, która tak się patrzy, niepewnie, trochę smutno, to był Kraków. Zakłady Vistuli w Krakowie, 1982 r.

 

Jak się pan tam dostał?

- Zawsze trzeba było się wystarać, ale akredytowanemu korespondentowi było łatwiej. O pozwolenie występowało się do agencji Interpress, która się opiekowała korespondentami...

 

...i przy okazji przyklejała im „ogon” bezpieki.

- Tak, tak, zawsze ktoś tam z nami bywał.

 

Bardzo przeszkadzali?

- Nie, choć wiedzieliśmy, o co tak naprawdę chodzi. Ale niczego nie ukrywałem, jak miałem zadanie, żeby sfotografować takie zakłady, to jechałem i fotografowałem.

 

Wszędzie szaro, szare twarze, i wolał pan jednak tu, a nie tam, mieszkać?

- Tak. Tu było po prostu ciekawiej. Tu ludzie z czymś walczyli, z komunistycznym systemem. Walczyli słowem, myślą i duszą. I dowcipem.

 

Od pewnego momentu tą walką zaczął opiekować się papież.

- Myślę, że papież dał tu dużo. Przede wszystkim odwagi.

 

Na wielu zdjęciach sportretował pan tę polską surową religijność, zwykłych prostych ludzi klęczących na pielgrzymkach. Jakie znaczenie ta religijność miała dla pana, biorąc pod uwagę, że pańscy rodzice w Anglii chodzili do angielskiego kościoła, żeby integrować się z brytyjskim społeczeństwem, a sam Kościół odgrywał ważną rolę w społeczności polskich imigrantów? Przyjeżdża pan tutaj - i widzi ten kościół w stanie czystym.

- Mnie to bardzo interesowało wizualnie. W Anglii głównym Kościołem jest jednak protestancki - mniej wylewny. A w angielskim Kościele katolickim chodziło się do kościoła, owszem, pielgrzymki były. Ale nie na taką skalę jak w Polsce, tu to było takie... średniowieczne, to było takie zupełnie nieangielskie, to ganianie w błocie po polach za Jezusem z krzyżem w Kalwarii Zebrzydowskiej pod Krakowem czy za Matką Boską w Kalwarii Pacławskiej w Bieszczadach. Ja jestem dość cynicznie nastawiony do tego wszystkiego i zawsze byłem, może częściowo dlatego, że chodziłem w Londynie do katolickich szkół, a potem przeżyłem internat w zakonie benedyktyńskim. Widziałem, że świętości tu żadnej nie ma, nie widziałem jej w tych ludziach.

Warszawa. Sklep mięsny, lata 80-te (fot. Chris Niedenthal)Warszawa. Sklep mięsny, lata 80. (fot. Chris Niedenthal)

 

System się zmienił, a pielgrzymki dalej chodzą za Jezusem po polach. Tylko kościelne rytuały czy rekwizyty są bardziej ozdobne.

- Dawno nie fotografowałem takiego wydarzenia...

 

I nie ciekawi to pana? Przejechać się w Polskę, zobaczyć, co się zmieniło przez te lata?

- Ciekawi, ale trzeba mieć jakąś motywację. Może to jest pomysł! Żeby wrócić na Pacławską i... jeszcze raz to wszystko zrobić. Ja się tym zafascynowałem pod wpływem albumu Adama Bujaka „Misteria”. Zajęliśmy się tym z kolegami, było nas czterech, miałem takiego busa, volkswagena campera, razem jeździliśmy po Polsce.

 

Hipisowski bardzo pojazd.

- Mój jedyny ukłon w stronę tzw. hipisowstwa. Warunek był taki, że każdy miał przynieść kanister benzyny. Jako obcokrajowiec musiałem kupować benzynę za dewizy, co było dość okrutne, bo nie stać mnie było, żeby tak płacić dolarami, a busik trochę palił.

 

Ale chyba nie narzekał pan na siłę przebicia - płacili panu w funtach, a wydawał pan w Polsce.

- Oczywiście. Nigdy nie miałem dużo pieniędzy w porównaniu do Anglików, zwłaszcza że na początku niewiele zarabiałem, niełatwo było sprzedać historię z Polski. Ale na czarnym rynku funt miał swoją wagę - przebicie na złotówki było olbrzymie. Miało się 100 funtów, to już się było w dobrej sytuacji.

 

Od kiedy zaczęły się żniwa, zainteresowanie na zdjęcia z Polski?

- Właściwie od 1978 r., od wyboru Karola Wojtyły na papieża.

Przeczytałem, że zawsze fotografował pan ze światłomierzem. A to zajmuje czas. Jestem więc tym bardziej pełen podziwu, ile miejsc udało się panu odwiedzić i sfotografować.

- Sam się dziwię, że odruch mieliśmy, żeby precyzyjnie mierzyć światło. Ale ja fotografowałem na slajdach, czyli na filmach diapozytywowych, a w tym przypadku zawsze trzeba bardzo dokładnie mierzyć światło.

 

Powiedział pan kiedyś, że w niebezpiecznej sytuacji fotograf zawsze boi się bardziej o sprzęt niż o siebie. Był taki moment, kiedy pan się rzeczywiście o siebie bał?

- Nigdy nie było wiadomo, zwłaszcza w czasie demonstracji, co będzie. Oczywiście, że się bałem. W stanie wojennym bałem się cały czas. Nie wiadomo było, czego się spodziewać, co to wojsko zrobi. Może to wszystko w tej chwili brzmi idiotycznie,  ale my tego po prostu nie wiedzieliśmy. Nie wolno było wtedy pokazywać się z aparatem na ulicy. A w tłumie demonstrantów też zdarzali się ubecy, też mogli nas wciągnąć do bramy i zrobić swoje. A ZOMO-wiec, jak widział gościa z aparatem...

 

...to tłukł.

- Wiedział, w kogo ma trafić. Raz mnie ZOMO-wiec złapał za pasek do torby przed drzwiami w kościele na Nowym Mieście. Zdążyłem się mu wyrwać i przez te drzwi wślizgnąć do środka, a on już do kościoła nie wszedł. Opuściłem potem kościół bocznymi drzwiami, a ksiądz proboszcz ukrył aparaty.

 

Jak dzwoniłem do pana i pytałem, co pan głównie robi teraz, to odpowiedział pan, że głównie przegląda archiwum.

- I ta książka jest w dużej mierze efektem tego dłubania. Ja nie znam swoich zdjęć. „Newsweekowi” i „Time'owi” wysyłaliśmy filmy niewywołane - taka była zasada. Nie wiedziałem, jakie będą rezultaty. Z całego fotoreportażu publikowano tylko małą część zdjęć. I teraz siedzę nad tymi kartonami i dłubię.

Warszawa, 14 grudnia 1981 rok (fot. Chris Niedenthal)Warszawa, 14 grudnia 1981 r. (fot. Chris Niedenthal)

 

I co na tych zdjęciach jest? Polska?

- Polska, ale też Węgry, Czechosłowacja, ZSRR, trochę Jugosławii, NRD, Rumunia, Bułgaria. Gdy pracowałem dla „Time'a”, moim obszarem działania była cała wschodnia Europa. A po jakimś czasie dali mi jeszcze Związek Radziecki. Wszystkie te pudełeczka są pełne historii tych krajów.

 

Rozmawiałem ostatnio z Volkerem Hinzem, który powiedział mi, że też jest na etapie przeglądania archiwów.

- To chyba już jest po prostu ten wiek, może nie starości, ale zbliżania się do starości...

 

Fotografuje pan jeszcze, może nie na co dzień, ale czasem ma pan nowe tematy? Czy już skupia się pan tylko na archiwach?

- Mało obecnie robię zdjęć. Wiem, że muszę zrobić porządek w tym archiwum. Nie chcę powiedzieć, że to jest skarb, ale tam jest nasza historia. Oczywiście jest tam też dużo kiepskich technicznie zdjęć - prześwietlonych, poruszonych, nieostrych bądź po prostu nietrafionych.

 

A czy nie jest to przy okazji porządkowanie własnego życia?

- W pewnym sensie tak. Przyznam się, że jak to wszystko oglądam, to wydawałoby się, że teraz jestem leniem i nic nie robię, ale tak oczywiście nie jest. Po prostu nie jestem aktywnym fotoreporterem prasowym, który jak coś się dzieje, rzuca wszystko i za pół godziny jest w samolocie. Mówiąc po amerykańsku, jest to syndrom „been there, done that” („Byłem, zrobiłem” - przyp. red.). Więc w pewnym sensie może to źle o mnie świadczy, że już nie mam tej ciekawości, ale ja już tyle w tych wszystkich krajach bywałem, widziałem i fotografowałem. A warunki - powiedzmy uczciwie - nie były wtedy najlepsze.

 

Gdzie było najtrudniej?

- W Związku Radzieckim i Rumunii. Ale to wszystko było wliczone w tę ciekawą robotę. Bo niewątpliwie jest to ciekawe być fotoreporterem, na którego oczach tworzy się historia.

 

No właśnie - sfotografował pan właściwie wszystkie rewolucje 1989 r.

- Oprócz Rumunii.

 

Ale jej finał pan sfotografował - prowizoryczny grób Ceausescu w alejce cmentarnej.

- Tak, nieoznakowany, właściwie na ścieżce między grobami. Ale nie wiem, czy był to grób prowizoryczny - po prostu z nienawiści do niego tak go pochowano.

Wrocław w 1982 roku (fot Chris Niedenthal)Wrocław w 1982 r. (fot Chris Niedenthal)

 

Były takie głosy, że może i u nas poprzednia władza powinna zakończyć swoje panowanie w podobnej rewolucji. Może ludzie mają potrzebę, żeby komuś w gębę dać.

- Tylko czy taka potrzeba jest warta rozpropagowania? Myślę, że my wyszliśmy z tego z kulturą i klasą. W Rumunii było inaczej, bo Ceausescu był rzeczywiście okrutnym dyktatorem. Teraz zresztą kandydatem do podobnego końca był Janukowycz. Dlatego uciekł. Wiedział, że jego czas się skończył.

 

Powiedział pan, że wyszliśmy z jakąś kulturą, tylko co z niej zostało? Tej politycznej?

- Uczymy się. Polityka dlatego bywa nazywana dojrzałą, bo musi dojrzeć. A my nie dojrzeliśmy jeszcze do takiej polityki.

 

Fotografował pan największe polityczne osobowości przełomu, m.in. Mazowieckiego. Których polityków by pan fotografował dzisiaj?

- W Polsce?

 

Tak.

- To trudne pytanie. Ja już dziś na bieżąco się tak tym nie zajmuję, ale tak naprawdę to nikogo.

 

A za granicą?

- Też niespecjalnie. Bo nie ma takich charyzmatycznych przywódców. Merkel być może, bo jest kobietą i ma silną rękę. Dlatego lubiłem Margaret Thatcher. Potrafiła ustawić mężczyzn po swojemu. A jak była potrzeba, żeby tupnąć nogą, to tupała. Mężczyźni często tupią w niewłaściwym momencie - albo za często, albo za słabo, albo za mocno (śmiech).

Kádár (przywódca Węgier, Chris Niedenthal zrobił mu słynne zdjęcie na okładkę „Time'a” - przyp. red.) był taki charyzmatyczny? Czy ten Lenin w tle?

- Chyba Lenin. Szkoda że nie mogłem go sfotografować. Kádár był mało charyzmatyczny, no i zapisał się w pamięci Węgrów jako rzeźnik Budapesztu. Na stare lata złagodniał, może nawet trochę go tam polubili, bardziej takim dziadkiem był, łagodnym jak baranek - jeśli można coś takiego powiedzieć o przywódcy komunistycznym.

 

Polacy nigdy nie pokochali pana byłego sąsiada, gen. Jaruzelskiego (Chris Niedenthal mieszka kilkaset metrów od domu, w którym mieszkał generał - przyp. red.). Spektakl buczenia na pogrzebie był przerażający.

- Tutaj ta nasza kultura rzeczywiście się rozjeżdża. Są ludzie, którzy wolą dać w dziób, zanim pomyślą.

 

To jest według pana „polskie”?

- Nie. My się niczym nie różnimy od innych narodów. W każdym kraju są problemy polityczne, prawa strona pluje na lewą, lewa na prawą, a ci, co stoją pośrodku, zostają opluci z każdej strony. My jesteśmy tylko niewystarczająco dojrzali politycznie. Jesteśmy jeszcze na niższych szczeblach tej drabiny i bardzo łatwo spaść niżej aniżeli na Zachodzie, gdzie to jest już, powiedzmy, bardziej opracowane, jak krytykować i chwalić.

Targ w Grójcu w 1982 roku (fot. Chris Niedenthal)Targ w Grójcu w 1982 r. (fot. Chris Niedenthal)

 

Wierzy pan, że za parę lat będziemy ciut wyżej?

- Tak. Tylko trzeba pamiętać, że my jesteśmy dopiero od 25 lat niepodlegli. A przez poprzednie lata - komunizmu, wojny, krótkiej wolności - to nasza historia dała nam w kość i dopiero teraz to wszystko wychodzi na jaw. Jak mamy tę wolność, to nie do końca umiemy ją opanować. Ale i tak idzie nam lepiej niż innym państwom i jestem dumny z tego, że Polska zaczyna być normalnym krajem.

 

Przy czym wystarczy wyjechać z wielkiego miasta i pojechać parędziesiąt kilometrów na prowincję, trafić do popegeerowskiej wioski, żeby cofnąć się w czasie o kilkadziesiąt lat.

- Z drugiej strony pamiętajmy, że to wyjątki, bo jak się pojedzie gdzie indziej, widać wyremontowane i nowe domy, drogi, sklepy... Choć trzeba mieć oczywiście pieniądze, żeby w nich kupować, to jest kolejny problem.

 

Tylko czy ludzie są już wyremontowani? Czy umysły są wyremontowane?

- Chyba rzeczywiście jeszcze nie do końca. Może trzeba będzie czekać, aż przyjdzie następne pokolenie, pokolenie pana i młodszych od pana. Cała nadzieja w młodzieży.

 

Sporo tej młodzieży, i to w dużej części tej bardziej przedsiębiorczej, to akurat do pana drugiej ojczyzny wyjechało.

- Co mnie zawsze jednak dziwi - mnie naprawdę tam nie ciągnie, nie wyobrażam sobie siebie w Anglii w tej chwili.

 

Brytyjski paszport zamienił pan na polski dopiero w 1998 r.

- Mam oba. Ale używam teraz wyłącznie polskiego.

 

Za komuny pewnie dużo wygodniej było z brytyjskim.

- Oczywiście. W moim przypadku, korespondenta zagranicznego, mijałoby się to z celem. Jako obcokrajowiec dostawałem roczną wizę wielokrotnego użytku. Mogłem w każdym momencie wyjechać i wjechać. A potem, w latach 90., gdy moja praca dla wielkich czasopism zachodnich właściwie się kończyła, można było to zmienić. Więc z wielkim wzruszeniem odebrałem polski paszport.

 

Pod rozmontowywanym murem berlińskim czuł pan, że z jednej strony to świetnie, bo ten cholerny komunizm wreszcie upada, a z drugiej strony kończy się pana patent na pracę?

- Rzeczywiście tak. Właśnie wtedy, jak mur padał w Berlinie, wiedziałem, że coś fantastycznego się dzieje, ale skoro już wtedy w Polsce kończył się komunizm, a teraz była pora na NRD, to wiedziałem też, że to początek końca mojej pracy.

 

A nie sądził pan, że właśnie tak naprawdę może się zacząć? Ile niesamowitych, ciekawych historii się zacznie w tych krajach, które pozbyły się reżimów?

- Ale już nie tak pasjonujących jak walka z komunizmem. Zdjęcia, które zrobiłem po 1989 r. w krajach byłego bloku wschodniego, już mnie tak bardzo nie pasjonowały. Kończyło się też zapotrzebowanie zagranicznych pism. Jak już nie było komunizmu, to ta Polska nie była tak dla nich ciekawa.

 

Mówił pan też, że polskość działa jak sprężyna: wraca, chociaż może chciałbyś od niej uciec, czasem dostajesz w oko, ale nie zawsze. Dostał pan kiedyś tą polskością w oko?

- No, nie dosłownie. Choć mnie to raczej frapowało, że jestem z pochodzenia, a właściwie z kości i z krwi Polakiem, przecież ojciec Polak, matka Polka. Ale kiedyś tak powiedziałem, bo nie wszędzie dobrze być Polakiem. Ale trudno określić, czym dokładnie w oko się dostawało.

 

Jak przejrzałem pana album, to zanotowałem trzy słowa klucze, które w moim przekonaniu go otwierają. „Wiejskość”, „codzienność” i „magiczność”. Uważny czytelnik tego albumu dostrzeże, że ten Chris Niedenthal owszem, utrwalił na kliszach polityczne przemiany, ale tak naprawdę to w większości fotografował zwykłych ludzi.

- Ja żałuję, że więcej takich zdjęć nie robiłem. Gdy w latach 70. przyjechałem do Polski, to fotografowałem, co tylko mogłem. Potem, gdy wszedłem w tryby tych tygodników amerykańskich i niemieckich, takie sprawy zeszły na drugi plan, robiło się je na boku. Już przy okazji mojej poprzedniej książki, „PRL. Rekwizyty”, słyszałem, że fotografuję właściwie tę Polskę B. Że cały czas jest brzydota, wiocha i tak dalej. Choć wtedy to i miasta nie wyglądały lepiej - wszystko było krzywe, rozpadające się, niewyremontowane. Może wszystko tak wygląda przez to, że było w takim stanie.

 

Ale z drugiej strony jest w tym albumie sporo zdjęć, których klimat określiłbym słowem „magiczne”. To te kadry napełnione mgłą, oparem, jakimś kolorem...

- Miło, że coś tam takiego jest. Bo magia jest ważną częścią fotografii. Więc jeżeli pan mówi, że tam coś takiego jest, to jest mi miło.

 

A skąd ten pies obwieszony orderami?

- A to jest Kijów w 1989 r., jeszcze ZSRR, a nie Ukraina. Pies miał wszystkie te ordery z psich konkursów na szyi i wyglądał bardzo dostojnie.

 

Wygląda, jakby nosił ordery za pana, który już nie ma siły. Jak wyglądał jego pan?

- Niemłody, nie pamiętam dokładnie. Ale mógł pamiętać te ordery, które się w ZSRR hojnie rozdawało.

Erupcja ropy w Karlinie, 1981 rok (fot. Chris Niedenthal)Erupcja ropy w Karlinie, 1981 r. (fot. Chris Niedenthal)

 

Niewiele się zmieniło, jak się patrzy na tegoroczną paradę w Moskwie i to, co się dzieje na wschodzie Ukrainy.

- Tworzy nam się taki nowy Związek Radziecki. Bardzo niedobrze.

 

Tylko nowego Wałęsy nie widać.

- I chyba nigdy nie będzie. Bo Wałęsa to jest Wałęsa. Wtedy był naprawdę wyjątkowy. To było widać od pierwszego dnia, gdy go spotkałem, podczas drugiego dnia strajku w Gdańsku. Nie znałem go jeszcze, gdy wtedy patrzyłem, jak świetnie prowadził negocjacje z dyrekcją stoczni.

 

Nie mogę nie zapytać o to zdjęcie pocałunku Lecha Wałęsy i jego żony Danuty, które zrobił pan w ich domu. Widać w nim namiętność, uczucie. Złapał ich pan cholernie intymnie.

- Mocno się zdziwiłem, kiedy znalazłem to zdjęcie. Przepatrywałem kartony, gdy raptem wyłania się takie zdjęcie, które 30 lat leżało niezauważone. Byłem u nich na śniadaniu, Lech zbierał się do pracy, mieliśmy iść do jego nowego biura „Solidarności”, założył kurtkę, pocałował żonę, a w tle jego teściowa niemal lewituje z herbatą w jednej ręce, a kanapką w drugiej - zaczyna do mnie wracać ten moment, ale go nie pamiętałem. Bardzo się ucieszyłem, że znalazłem to zdjęcie. Moment czułości bardzo ważnej osoby.

 

Dalej bardzo ważnej czy już historycznej?

- Dziś już bardziej historycznej. Wtedy był bardzo ważny i bardzo potrzebny. I to był cud właściwie, że w jednym momencie dostaliśmy nie tylko papieża z taką charyzmą, ale jeszcze Wałęsę z jego charyzmą. Mieliśmy silną drużynę.

 

A dziś pan taką drużynę widzi?

- Nie. I pewnie dlatego też nie fotografuję. Dziś jest moda bardziej na rozrabianie niż na tworzenie. Charyzmatyczni ludzie skończyli się dla mnie ze śmiercią Margaret Thatcher czy Ronalda Reagana. I polityczną śmiercią Gorbaczowa - ten był pierwszym przywódcą ZSRR, który był po prostu inteligentny i zachowywał się normalnie. Wszyscy przed nim byli siermiężnym, partyjnym betonem. Jelcyn był jeszcze kolorowy. A teraz jest Putin i wracają stare czasy. On ma charyzmę muru betonowego. To jest tragedia świata, że taki człowiek mógł dojść do takiej pozycji. Koszty będą straszne.

Ale myślę, że to już jest miejsce dla młodych fotoreporterów. A jest mnóstwo świetnych polskich fotografów - młodych, gniewnych. Choćby Janek Brykczyński, który kilka lat pracował nad reportażem o Bojkach. Trzeba oddać pole tym, którzy to robią tak, jak się to dzisiaj robi.

 

Co musiałoby się zdarzyć, jaki temat musiałby się pojawić, żeby pan spakował aparat i za pół godziny wyszedł z domu i pojechał go robić?

- Trudno mi powiedzieć. Nie ma... Wolę nie krakać. Jednak żyję teraz bardziej spokojnie i przeglądanie tych wszystkich zdjęć z pomocą asystentki jest tym, co zajmuje mnie najbardziej. A jeżeli fotografuję, to to, co chcę. Np. przez 10 lat fotografowałem dzieci niepełnosprawnych intelektualnie, z chęci pomocy, z serca. I ostatnio namówiła mnie pani dyrektor nowo powstającego muzeum emigracji w Gdyni, tworzonego w Dworcu Morskim przy porcie Marynarki Wojennej, żebym przyjechał i udokumentował duszę tego szczególnego miejsca, zanim zostanie przebudowane. Przypływały tam przed wojną i po wojnie polskie i inne transatlantyki, stamtąd ludzie emigrowali z Polski.

 

Jak widać, czasem Chris Niedenthal wychodzi z domu.

- Możliwość powrotu do formy w robieniu zdjęć daje mi satysfakcję. Jak z godzinę potrzymam aparat w ręku, to wracają dawne czasy. Człowiek z aparatem jest zupełnie innym człowiekiem. Przełamuje swoje bariery.

 

W panu aparat coś zmienił?

- Jak najbardziej. Zawsze wstydziłem się wyjść przed ludzi i coś zrobić. Ale z aparatem - to co innego. To jest bariera między moim okiem a drugim człowiekiem czy ludźmi.

 

Z jednej strony bariera, z drugiej klucz.

- Oczywiście. Dlatego tak bardzo polecam ten zawód, choć dziś w pewnym sensie coraz mniej potrzebni są zawodowi fotografowie. Ale myślę, że dobry fotograf znajdzie sobie miejsce na Ziemi. Ja miałem to szczęście, że i w „Newsweeku”, i w „Time” uważali, że potrzebują dobrych fotografów. Trafiłem w dobry czas - fotoreporterzy, nawet jeśli się nie znali, czuli jakąś więź. Nie zwracano uwagi na koszty zrobienia reportażu. Wcześniej, w latach 60., np. w „LIFE” fotograf był po prostu królem całej planety. Ja jeszcze się załapałem na końcowe lata tej epoki, kiedy wysłanie kilku fotografów i pokrycie wszystkich kosztów podróży i filmów nie było problemem.

 

Zaczynam rozumieć, dlaczego pan już nie chce się w to bawić.

- W pewnym sensie przeżyłem te najlepsze lata fotoreportażu, może dlatego czuję się wygodniej i przyjemniej w innej roli teraz - na przykład kiedy dzwonią z takiego Muzeum Emigracji i proszą o zdjęcia, bo liczą, że mój styl może się przydać do ukazania duszy ukrytej w tym budynku. Dlatego też fotografowałem dzieci niepełnosprawne intelektualnie. To są sprawy, które zostają na całe życie. Może to jest to, co ja lubię w fotografii. Nie lubię tak po prostu zrobić czegoś jednego dnia i zapomnieć.

Jak byłem młodym człowiekiem, sądziłem, że będę robił inną, mniej newsową fotografię. Ale wpadłem w politykę i nie żałuję, bo to, co się działo w Polsce w latach 70. i 80., po prostu było polityczne. Nie żałuję, że mogłem to pokazać w „Time” i w „Newsweeku”. Tak jak nie żałuję ani jednego dnia, ani minuty z tych 41 lat, które jestem w Polsce.

 

Okłądka książkifot. materiały wydawcy

Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973-1989, premiera: 6 października

Chris Niedenthal. Fotograf. Urodził się w Wielkiej Brytanii w rodzinie polskich emigrantów. W swojej karierze współpracował z wieloma znanymi magazynami, m.in.Newsweek”, Time”, Forbes” iDer Spiegel”. Jako pierwszy zagraniczny reporter fotografował strajk stoczni w Gdańsku. W 1986 roku został laureatem World Press Photo za portret przywódcy węgierskich komunistów Jánosa Kádára. Jest uważany za autora najsłynniejszych w historii zdjęć z bloku wschodniego.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz Gazeta.pl. Robi wywiady, pisze o sprawach zagranicznych i fotografii, pisze bloga Realpolitik, twittuje. Gdy nie musi pracować, chodzi po górach, jeździ na rowerze lub pływa żaglowcami po morzach. I robi zdjęcia.

Tytuły powiązane:

Chris Niedenthal 1989. Rok nadziei

Chris Niedenthal

2017

Fotografie z PRL-u

Jan Morek

2010

Polska Rzeczpospolita Ludowa. Rekwizyty

Chris Niedenthal

2004

aktualności

CZARNY WEEKEND

„Czarny weekend” czyli super przeceny na bestsellery wydawnictwa BOSZ: Bestiariusz 1 Bestiariusz...

> więcej

Zapowiedzi zobacz wszystkie

Minialbum odwołujący się do tytułu Beksiński 4, kończącego serię cieszących się ogromną popularnością książek poświęconych...

> więcej

Trzeci z minialbumów dotyczących bogatej twórczości, pochodzącego z Sanoka, Zdzisława Beksińskiego. Tym razem mamy do...

> więcej

«powrót