Bieszczady w PRL-u. Część 3

Cena:

29.90 zł

Przeglądaj książkę
  • Liczba stron:

    128

  • Liczba zdjęć:

    66

  • Format:

    165 x 235 mm

  • ISBN:

    978-83-7576-248-8

  • EAN:

    9788375762488

  • Oprawa:

    twarda

  • Numer wydania:

    I

  • Rok wydania:

    2015

  • Język:

    polski

Bieszczady w PRL-u. Część 3

Trzecia, najnowsza i zarazem ostatnia część niezwykle popularnych reportaży o Bieszczadach autorstwa Krzysztofa Potaczały. Zbiór ilustrowanych opowieści spiętych klamrą czasu lat 70., 80., a nawet sięgającą niekiedy nieco poza peerelowską rzeczywistość. 

Historie, których próżno szukać w powszechnie znanej literaturze, pokazujące ludzi i wydarzenia, bez których Bieszczady byłyby uboższe. Przywołane z zakamarków ludzkiej pamięci i pożółkłych już nieco kart historii opowieści o kwaterze Klanu Kowbojów i Trampów spod Baligrodu, o „kolczastej” granicy strzeżonej sierpem i młotem, o skazanych z więziennych Oddziałów Zewnętrznych, o żołnierskim trudzie budowania wąskotorowej kolejki, o samotnych wędrówkach żubra Pulpita czy o przystanku Rainbow Family w Tworylnem pozwolą zobaczyć Bieszczady, jakich już nie ma – pachnące dzikością i wolnością. „Bieszczady w PRL-u 3” to dwanaście soczystych, przyprawionych szczyptą humoru reportaży o prawdziwym, bieszczadzkim życiu. 

 

Patronat medialny

Newsweek Historia Monitor Magazine BornInThePRL


Krzysztof Potaczała – dziennikarz i reporter. Publikuje na łamach prasy regionalnej i ogólnopolskiej. W 2010 roku ukazała się książka „KSU – rejestracja buntu”, za którą otrzymał nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Mieszka w Ustrzykach Dolnych.

Dziękujemy za dodanie recenzji
+

Gazeta Współczesna 27-07-2015 09:55

+

Maria Kolesiewicz, Dziennik Wschodni 27-07-2015 09:53

+

Agnieszka Niemojewska - Uważam Rze 24-07-2015 13:34

+

Kornelia Pikulik-Czyż, Portal: www.korcimnieczytanie.blogspot.com 23-07-2015 14:13

Krzysztof Potaczała "Bieszczady w PRL-u 3"

 

Od dawna wzdycham na myśl o Bieszczadach. Marzę, by w końcu je poznać, poczuć, obejść wzdłuż i wszerz. Ten najodleglejszy mi skrawek Polski mnie przyciąga, wzywa. Wiem, że w końcu do niego dotrę, a póki co postanowiłam wybrać się w literacką wędrówkę po tym zakątku. Wydawnictwo BOSZ oddaje w ręce czytelników całą serię poświęconą tym górom. Znajdziecie w niej albumy, przewodniki, opowieści, ale też zbiory reportaży. Te ostatnie, zatytułowane "Bieszczady w PRL-u", składają się z trzech części i to właśnie ostatnia z nich trafiła w moje ręce.

 

Krzysztof Potaczała zabiera nas w Bieszczady zupełnie inne od tych współczesnych. Opowiada o czasach, gdy turystyka na tamtych terenach dopiero raczkowała, za to nie brakowało chętnych, by pasać bydło i żyć w bardzo prymitywnych warunkach. Ot, taka przygoda dla odważnych. Możemy przeczytać o tym, jak żyło się w tak bliskim sąsiedztwie ZSSR, jak budowano drogi i kolej na tych terenach. O więźniach z Oddziałów Zewnętrznych, którzy pracowali w pocie czoła. Nadal byli więźniami, ale już nie siedzieli za kratkami, a ich życie zaczynało wyglądać bardziej normalnie. O grzybach i dzikach. O zwierzętach. O podziemnej redakcji. O PGR-ach i PPR-olach, i tym, co z nich zostało. O zlocie Rodziny Tęczy w Tworylnem.

 

Mamy tu spory kawałek historii, ale głównie takiej, której próżno szukać w podręcznikach. Są to opowieści o zwykłych ludziach, o tym jak im się żyło w tamtych czasach. O tym, jak postęp docierał na tamte tereny, chociaż z pewnym opóźnieniem... Mamy tu sporo ciekawostek z tamtych lat. Zwykłych a jakże niezwykłych historii.

 

Mnie ta opowieść skłoniła do refleksji. Wyobrażając sobie ówczesne bezdroża, chyba pierwszy raz ciepło pomyślałam o naszych współczesnych dziurawych drogach. Do tego ciężkie warunki socjalne... Myszy i szczury. Przyzwyczailiśmy się do pewnego standardu życia i dlatego niektóre rzeczy aż nie mieszczą się nam w głowie.

 

"Bieszczady w PRL-u 3" to naprawdę świetnie napisana książka. Ciekawa i pouczająca. Autor umieścił w niej mnóstwo zdjęć, które świetnie uzupełniają tę opowieść, pomagają ją nam lepiej zrozumieć i wyobrazić. Reporterze pana Krzysztofa są bardzo wnikliwe i wciągające. W przypadku tej książki nie potrafię się do niczego przyczepić. Jestem nią w pełni usatysfakcjonowana.

 

Jedyne czego żałuję, to to, że poznałam tę serię od ostatniej części. Na szczęście poszczególne książki można czytać w dowolnej kolejności, więc nie pozostaje mi nic innego, jak rozejrzeć się za dwoma pierwszymi tomami i zabrać się za ich czytanie.

 

Serdecznie polecam, bo to prawdziwa perełka!

 

http://korcimnieczytanie.blogspot.com/2015/06/krzysztof-potaczaa-bieszczady-w-prl-u-3.html

+

Natalia Nowak-Lewandowska, Portal: www.ksiazkapolapkach.eu 23-07-2015 14:09

Bieszczady w PRL-u cz. 3 KRZYSZTOF POTACZAŁA

W 1963 roku zaświeciły Lutowiska, jednak wioski położone dalej na południowy wschód musiały jeszcze trochę poczekać. Jak już się doczekały, ludzie powariowali. Niemało z nich po raz pierwszy zobaczyło takie cudo jak żarówka, dlatego cieszyli się jak dzieci, które dostały właśnie wymarzoną zabawkę. – W osiedlach ustawiano się w kolejkach, bo każdy chciał sobie popstrykać – śmieją się ich ówcześni mieszkańcy. – Pyk-pyk, pyk-pyk, jasno-ciemno, jasno-ciemno, i tak w kółko, aż się we łbie nie zakręciło. Ale co tam pstrykanie, skoro niektórzy potrafili godzinami leżeć na wyrku i gapić się z przymrużonymi oczami w rozbłyskujący pod sufitem szklany przedmiot.

 

Krzysztof Potaczała, dziennikarz i reporter, po raz trzeci i jak zapowiada – ostatni, zabiera czytelnika w podróż w czasie. W jego reportażach trwa w najlepsze PRL, a Bieszczady powoli przestają być dzikie. W Lutowiskach właśnie poprowadzono linię energetyczną, więźniowie z Zakładów Karnych przyjeżdżają i pracują w ramach odbywania kary w Państwowym Przedsiębiorstwie Rolnym, a żubr Pulpit maszeruje spokojnie po okolicznych wsiach, nie wadząc nikomu, dostarczając za to codziennych atrakcji mieszkańcom i świeżych newsów prezenterom wiadomości telewizyjnych.

 

W Bieszczadach – w Tworylnem – odbywa się zlot Rainbow Family wprawiając w osłupienie i niejednokrotnie w zażenowanie okoliczną ludność. Ale to właśnie oni zwrócili uwagę opinii publicznej w wolnej Polsce na zagrożenia związane z niszczeniem ziemi. To również w bieszczadzkie lasy przyjeżdżały wycieczki zakładowe na grzyby, których nie brakowało. Wycieczkowicze pomagali sobie w poszukiwaniach kiełbaską z ogniska i kieliszkiem (lub wieloma) wódki.

 

Za sprawą Potaczały przenosimy się w drugą połowę XX wieku, w miejscami wręcz dziewicze tereny, gdzie dzika zwierzyna leśna żyje jeszcze z niczym nie zmąconym spokojem, runo leśne jest bogate, a człowiek jest tu tylko gościem, a nie mieszkańcem.

 

Nie brakuje też absurdów dawnego ustroju, który z perspektywy czasu zdaje się być tylko groteskowy, ale ówczesnym ludziom nie raz dał się we znaki. Przykłady wszechwładzy partyjnych dygnitarzy wielokrotnie szerokim echem odbijały się na pracownikach i kierownikach Zarządu Budownictwa Leśnego w Ustrzykach Górnych.

 

Autor sporo miejsca poświęcił wspomnieniom ludzi, którzy tworzyli historię tego miejsca. Historie te są wyjątkowym świadectwem tamtych czasów i doskonałym okraszeniem dla wszystkich opowieści znajdujących się w książce. Ale myli się ten, kto sądzi, że trzyma właśnie w rękach przewodnik po tej malowniczej krainie. To raczej wyraz miłości autora do tego urokliwego i magicznego miejsca, które jeszcze wiele lat po upadku PRL-u tkwiło w nim.

 

http://ksiazkapolapkach.eu/bieszczady-w-prl-u-cz-3-krzysztof-potaczala/

+

Bernardeta Łagodzic-Mielnik, Portal: www.cudownyswiatksiazek3.blogspot.com 23-07-2015 13:23

Podróż w Bieszczady, których już nie ma

 

 

Pokój i spokój po II wojnie światowej zapanował w Bieszczadach później niż w innych częściach kraju. Na początku lat 50. XX wieku ta kraina była dzika, pusta i wyludniona. Zniszczyły ją bandy UPA, odmieniła Akcja Wisła. Na szczęście życie w ten rejon zaczęło szybko powracać. Podjęto decyzję o budowie dróg, mostów, elektryfikacji, odtworzeniu ludzkich osad. W Bieszczady zaczęli przyjeżdżać ludzie z całej Polski. Do pracy z woli własnej i z przymusu jak więźniowie, w poszukiwaniu przygód i swego miejsca na ziemi. Wracali też niektórzy wysiedleni. W te tereny kierowano do pracy żołnierzy i studentów. W Bieszczadach wypoczywali harcerze i młodzież, powoli powstawała infrastruktura turystyczna, wytyczano szlaki a chętnych do spędzenia tu wakacji czy urlopu było coraz więcej. Rozwijała się gospodarka leśna i rolna. Przez kilka dekad Bieszczady odradzały się, by wraz z przemianami ustrojowymi znów zmienić swoje oblicze. Dziś Bieszczad w odsłonie „jak za komuny” już nie ma. Polski Dziki Zachód znów się zmienił, ale przeszłość zapisała się w ludziach. Dziś wielu wspomina te dawne czasy z nostalgią i łezką w oku. Klimat komunistycznych Bieszczad idealnie zapisał się w reportażach Krzysztofa Potaczały.

 

Drukarnie opuściła trzecia i niestety ostatnia książka zawierająca kilkanaście reportaży z tamtych lat wydana w cyklu „Bieszczady w PRL-u”. Lektura równie ciekawa jak jej poprzedniczki, zabierająca w świat, którego już nie ma, wspominająca ludzi i miejsca, osobliwości Bieszczad, które bezpowrotnie odeszły do lamusa.
Dwanaście reportaży pokazuje krainę Biesów i Czadów z lat 60., 70. ale i z lat 90. kiedy nagle wszystko zaczęło się zmieniać, znikać, ewoluować. Upadek systemu bowiem okazał się w tym rejonie wyjątkowo wyrazisty i przeszedł niczym rewolucja. Zniknęły bowiem prawie wszystkie zakłady pracy, zlikwidowano je bądź same upadły. Ludzie przestali dobrze zarabiać, stracili miejsca pracy, a w mediach zaczęto zbiórki darów dla biednych bieszczadzkich dzieci. A wydawało się, że W PRL-u było tam ubogo!
 

 

Ta książka, jak i cały cykl, jest bezcenna i zawiera historie, które przeszły już do przeszłości. Zapisały się jedynie w pamięci osób, które były ich naocznymi świadkami. Wyciągnięte na światło dzienne, opisane po latach stanowią pamiątkę tamtego czasu, który był mimo wszystko dla Bieszczad szczęśliwy i łaskawy. Nierozsądnie, niezgodnie z ekonomią, bezmyślnie ale jednak te tereny zagospodarowano. Pewnie i trochę zniszczono, ale i trafiło tu wielu miłośników dziewiczości, wolności oraz tych, którzy lubią życie blisko natury daleko od miejskiego zgiełku. O czym mówią reportaże z tego tomu?
O kreowanych na wzór kowbojskich ranczach, w których wypasem bydła zajmowali się młodzi ochotnicy, o wypadach do tzw. Bieszczadzkiego Worka i nielegalnych polowaniach na jego terenie, o świadomym igraniu z czujnością radzieckich służ chroniących granicę, o budowie dróg przez wojsko i pracy więźniów w półotwartych zakładach karnych, a wreszcie o zwierzętach związanych ze schroniskiem Chatka Puchatka i zlocie Rainbow Family w Tworylnem oraz o towarzyskim żubrze noszącym imię Pulpit.
 

 

Z tekstów bije klimat tamtego okresu. Czuć ten wiatr co hula beztrosko na połoninach, czuć radość z obcowania z przepiękną naturą, ale i słychać odgłos niemogących się wygrzebać z błota pojazdów mechanicznych, rozlega się muczenie stad krów, brzmią też w uszach bębny uczestników zlotu Tęczowych Rodzin. Całą książkę od przysłowiowej deski do deski przeczytałam z ogromnym zaciekawieniem i rumieńcami na policzkach. Odkrywałam to, co uleciało z czasem, patrzyłam na krainę, którą świetnie znam i bardzo kocham z innej perspektywy. Bo choć minęło w sumie niewiele lat to Bieszczady zmieniły się diametralnie. Reportaże pokazują prawdziwe życie w dzikich ostępach, przedstawiają ciekawych ludzi, którzy tu zawitali. W te Bieszczady już nikt nie pojedzie, bo ich nie ma. Wspaniale, że Autor w swoich tekstach ocalił je od zapomnienia i pokazał młodemu pokoleniu. A starszym czytelnikom pozwolił na wspomnienia i sentymentalną podróż.




http://cudownyswiatksiazek3.blogspot.com/2015/06/krzysztof-potaczaa-bieszczady-w-prl-u-3.html

+

Maciej Kościuszko, Portal: www.historykon.pl 23-07-2015 13:13

Bieszczady w PRL-u 3

 

Trzecia część rozważań Krzysztofa Potaczały na temat Bieszczad w okresie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej podejmuje wiele interesujących wątków. Autor chętnie porównuje Bieszczady tytułowego okresu, do realiów pogranicza Stanów Zjednoczonych w XIX wieku. Jest to porównanie ciekawe i w pewnym sensie słuszne. W tym kontekście praca Krzysztofa Potaczały nabiera bardzo interesującego kolorytu. Parafrazując tytuł słynnego westernu, nie byłoby przesadą nadać niniejszej książce podtytuł: „Jak zdobywano Bieszczady”. W istocie rzeczy jest to książka traktująca nie tylko o „ujarzmianiu” Bieszczad, ale również o tym co było wtedy w nich niezwykłe.

 

Zestawiając wojsko, ludność lokalną, kowbojów, zbiegów z zakładów pracy, lokalnych bandytów, opozycjonistów oraz dzieci kwiaty, autor oddał do rąk czytelników książkę ciekawą i wielowątkową. Obydwie poprzednie części były nominowane do nagrody „Książki Historycznej Roku”, co niewątpliwie dodaje splendoru ostatniej części rozważań nad dziejami Bieszczad w PRL-u. Nominacja do tej prestiżowej nagrody nie może dziwić z uwagi na fakt, że Bieszczady były i są naprawdę ciekawym miejscem.

 

Autor jest dziennikarzem. Już we wstępie do swojej pracy nadmienił, że ma świadomość licznych niedopowiedzeń oraz wybiórczego potraktowania podejmowanej problematyki. Jednak nie można mu odmówić zaangażowania w swoją pracę. Doskonale obrazuje to tekst jego książki. Profesjonalny historyk zapewne napisałby o Bieszczadach inaczej, jednak warto się zastanowić czy byłaby wtedy ciekawsza. Autor przytacza wiele wątków i często pozwala sobie na swobodne komentarze, co czyni jego tekst bardzo przystępnym. Przytaczane przez niego reportaże, zgrupowane w dwunastu rozdziałach, stanowią wybiórczy ale ciekawy obraz Bieszczad tamtych lat. Historia kowbojów z Wilczej Doliny czy więźniów, którzy swoje przestępstwa mieli odkupić poprzez zagospodarowanie tych „dzikich” ziem naprawdę zapada w pamięć. Taka kompozycja pracy jest interesująca, jednak odnoszę nieodparte wrażenie, że autor mógł po ostatnim rozdziale pokusić się o końcową refleksję na temat całości swoich rozważań. Tego niestety zabrakło i w rezultacie do rąk czytelnika trafia dwanaście, mniej lub bardziej ze sobą związanych, opowiadań o dziejach Bieszczad doby PRL-u. Autor, za sprawą swoich reportaży, prezentuje bowiem bardzo interesujący obraz przeszłości w miejscu, które przez wiele lat było niejako białą plamą na mapie Polski. Bieszczady, otoczone mgiełką tajemniczości, w narracji Krzysztofa Potaczały jawią się jako nowoodkryta wyspa pośród dobrze znanego nam archipelagu. Liczne ciekawostki oraz anegdoty dodają narracji kolorytu. Nie brakuje również odniesień do relacji prasowych z tamtych lat, oraz o trudnościach jakie napotykali goście, którzy zawędrowali w te piękne okolice.

 

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa BOSZ, a uwagę zwraca jej bardzo ładne wydanie. Twarda oprawa oraz dobra jakość papieru to niewątpliwe zalety tej publikacji. Na końcu książki znajduje się literatura. Poważnym błędem, w moim odczuciu, jest brak indeksu osobowego oraz geograficznego. Książka jest pisana językiem potocznym, co akurat nie stanowi istotnego problemu, jednak w zestawieniu z brakiem indeksów czyni tą pracę nieporęczną dla historyka. Literatura jest bardzo skromna wobec czego można tą książkę uznać jedynie za publikację popularnonaukową. Fakt, że w narrację zaimplementowano zdjęcia naprawdę cieszy, ponieważ Bieszczady to piękne góry, a opis ich historii bez zdjęć byłby dalece niewystarczający. W całej pracy nie zamieszczono żadnej mapy co czyni niektóre nazwy miejscowości nieco abstrakcyjnymi dla osób, które dotychczas nie odwiedziły Bieszczad. Nie jest to z pewnością książka zaadresowana wyłącznie do osób znających Bieszczady. Jestem głęboko przekonany, że nawet stali bywalcy tamtych stron mogą znaleźć w niej coś nowego.

 

Ostatni tom Bieszczad w PRL-u jest w mojej ocenie książką ciekawą. Każdy kto kocha góry z pewnością znajdzie w niej nowe inspiracje, a ktoś kto sięga do niej z ciekawości nie powinien czuć się zawiedziony. Kilka trudności, które nakreśliłem powyżej, nie utrudnia odbioru książki. Zaletą tej książki jest również wielowątkowość. Jeśli kogoś nie interesują dzieje kowbojów z Wilczej Doliny, być może zainteresują go wątki zawarte w pozostałych reportażach. W tym kontekście jest to książka dla każdego, natomiast szczególnie polecam ją miłośnikom gór, ponieważ w moim odczuciu jest adresowana przede wszystkim do nich.

 

http://historykon.pl/bieszczady-w-prl-u-3-recenzja/

 

+

Anna Rychlicka, Portal: www.soy-como-el-viento.blogspot.com 23-07-2015 12:45

Krzysztof Potaczała "Bieszczady w PRL-u 3"
Bieszczady spod kurzu i mchu

 
 

 

Anegdota sprzed niemal dekady. Pociąg relacji Bałtyk - Wielkopolska. Grupa studentów geografii z jednej z poznańskich uczelni wracał z praktyk terenowych. Weseli, rozgadani, może nieco hałaśliwi. Jak to studenci, po tygodniu spędzonym nad morzem. Piasek w trampkach, wiatr we włosach, w żyłach gorąca krew.

Pociąg toczy się niespiesznie, bezprzedziałowy wagon sprzyja nawiązywaniu znajomości. Do dyskusji o wszystkim i niczym włącza się starsze małżeństwo z Poznania. W pewnej chwili rozmowy schodzą na to, kto skąd jest i jak trafił do Wielkopolski. Jedna ze studentek  chwali się rodziną w Bieszczadach, czym jak zwykle w rejonach północno-zachodnich, wzbudza zainteresowanie.

 

- Czemu tak daleko? - pada nieśmiertelne pytanie, które zapewne zbywa uśmiechem i wzruszeniem ramion.

- A pani rodzice, czym się zajmują? - dopytuje ciekawskie małżeństwo więc studentka chwali się nauczycielską rodziną.

- To tam są szkoły??? - Zdumienie staruszków jest przeogromne, a ona nie wie czy śmiać się czy płakać.

 

Dzikie Bieszczady. Zacofane Bieszczady. Biedne Bieszczady. Trochę w tych określeniach prawdy, trochę stereotypów. Jedno jest pewne, dziś nie są już takie same. O czasach, w których wjeżdżając do Soliny nie stało się w korkach, po lasach pałętały się żubry (w tym jeden indywidualista o naturze obieżyświata), a na Połoninie Wetlińskiej mieszkała lama imieniem Iwan, pisze Krzysztof Potaczała w zbiorze reportaży Bieszczady PRL-u 3 (tym, którym owa trójka w tytule spędza sen z powiek śpieszę donieść, że nieznajomość dwóch poprzednich tomów nie wyklucza lektury trzeciego).

 

Dwanaście tekstów. Autor nie trzyma się jednej tematyki, to opowiadając o stosunkach polsko-rosyjskich na granicy, której nie respektowały żubry, misie i kłusownicy, to o silosach z toksycznymi odpadami stojącymi w ukraińskich Siankach, za to trującymi także i polskie tereny, to znów o nagich ludziach koczujących w Tworylnem lub żołnierzach, którzy wspomagali robotnikach przy budowie dróg czy mostów. Wybrał teksty, które upamiętniają wydarzenia, jakie on sam uznał za upamiętnienia warte. Jest to więc dobór osobisty, nie ma tu żadnego klucza poza tym, który autor nosi w sobie. Klucza to zrozumienia tego, jak ważna jest pamięć o ludziach i miejscach, o czasach bezpowrotnie minionych.

 

 
 
Dziś w Bieszczady wkracza komercja, coraz mniej jest miejsc niezadeptanych, cichych, takich, w których czas się zatrzymał. Do krainy Biesów i Czadów, tej samej, o której tak pięknie śpiewa Stare Dobre Małżeństwo, przybywa coraz więcej turystów. Wyprawa w przeszłość, jaką oferuje Krzysztof Potaczała jest więc nie do pogardzenia. Peerelowska rzeczywistość może i była daleka od ideału (choć są tacy, którzy tęsknią za komuną), ale pewnego kolorytu odmówić jej nie można, a jeśli dodać do tego bieszczadzkie pejzaże, powstaje obrazek na tyle intrygujący, że nie sposób przejść obok niego obojętnie.

 

Mamy więc lata 70', 80', a czasem nieco wybiegające poza PRL, kiedy to działał Klan Kowbojów i Trampów, istniały więzienne Oddziały Zewnętrzne, upadały PGR-y (Państwowe Gospodarstwa Rolne), a żubr Pulpit uniósł się honorem (nie udało mu się zostać samcem alfa) i opuściwszy stado, dotarł aż do Przemyśla i Rzeszowa. 

 

W ciągu dwudziestu ośmiu dni legendarny żubr przemierzył czterysta kilometrów[1]. Dzielny zwierz zyskał moją ogromną sympatię, tym bardziej mi smutno na myśl o tym, w jaki sposób zakończyło się życie wolnego ducha. W zbiorze Krzysztofa Potaczały często jeden tekst wzbudza skrajne emocje, tak jak ten o Pulpicie, zwierzakach z Połoniny Wetlińskiej, czy też historiach z pasa przygranicznego. Bywa zabawnie, ale i smutno.

 

Bieszczady z czasów PRL-u to miejsce, które przyciągało studentów, wagabundów, tych, którzy w innej rzeczywistości nie potrafili się odnaleźć. Niektórzy trafili tu przymusowo, jak żołnierze czy więźniowie. Dziś ucieczka w Bieszczady to już nie to samo.

 

Jacek Kaczmarski w utworzePięć głosów z kraju. Bieszczady śpiewał:

 

Przyjeżdżaj zaraz, jeśliś jest na chodzie.

 

Rzuć politykę, panny i ballady.

 

Tutaj jesienią - jak w rajskim ogrodzie

 

Oprócz istnienia - nic cię nie obchodzi

Przyjeżdżaj w Bieszczady.

 

Ten świat, do którego zapraszał Kaczmarski wyłania się właśnie z reportaży Krzysztofa Potaczały. Czas płynął inaczej, ludzie inaczej żyli. Zostały wspomnienia ludzi, którzy odeszli, miejsc, co zmieniły swój charakter. I właśnie dlatego cykl Bieszczady w PRL-u jest tak ważny. Gromadzi historie pokryte kurzem i patyną. Autor spod mchu i pajęczyn wydobywa to, co popadnie w zapomnienie w chwili, gdy ostatni bieszczadzcy gawędziarze odejdą daleko poza horyzont. Są tu zabawne anegdoty, ciekawe historie, nazwiska warte zapamiętania, fakty istotne, opowieści nostalgiczne. Tamtych ludzi już nie spotkacie. Tamtych miejsc już nie zobaczycie. Miną lata i zostanie tylko to, co na papierze. I może jeszcze strzępy podawanych z ust do ust historii, ewoluujących z biegiem czasu, przetworzonych po wielokroć, zniekształconych przez echo odbijające zdania od kamieni i zmurszałych pni. Dlatego tak cenne są publikacje, które zachowują wspomnienia dla przyszłych pokoleń. Ze zdań, zdjęć i dokumentów składają się kolejne sceny. Osioł Gapa skubie trawę, a pionierzy bieszczadzkich budów stawiają czoło trudnym warunkom lokalnym (brak bieżącej wody i prądu), doskwierającemu zimnu jesienią i zimą (baraki z gołych desek i płyty pilśniowej), deficytom zaopatrzenia żywnościowego (głównie w mięso i wędliny). Oraz myszom i szczurom[2].

 

 

Dla jednych Bieszczady w PRL-u 3 będą powrotem sentymentalnym, dzwonkiem budzącym wspomnienia, wyprawą w dobrze znana przeszłość. Dla innych okażą się lekturą pełną niespodzianek, podróżą w czasie nieco egzotyczną, na pewno niezapomnianą. Jedni i drudzy nie powinni być zawiedzeni. 

 

Jeśli jest coś, czego mi w tym zbiorze zabrakło, to byłaby to choć malutka mapa (a najlepiej kilka mapek, doczepionych do odpowiednich rozdziałów), która pozwoliłaby umieścić opisywanie miejsca w przestrzeni tak, by nawet ci, którzy Bieszczadów nie znają, bez trudu wiedzieli co oznacza to, że w miejscowościach za Baligrodem nie było prądu lub mogli zlokalizować trasę traktora marki Ursus, która przez Hoczew, Średnią Wieś (za którą zaczynała się "dzicz") i Polańczyk prowadziła do Solinki. Jeśli zaś czegoś było za dużo, to były to błędy typu mol książkowy[3] czy niewybaczalne przekręcenie imienia dzielnego żubra, który w wyniku nieuwagi zyskał miano Pulipta[4]. Na szczęście błędy można usunąć w kolejnych edycjach, a bieszczadzki duch wciąż w reportażach Krzysztofa Potaczały pozostanie.

 

I właśnie dla tego ducha czasów minionych, dla faktów zagubionych, miejsc przekształconych, ludzi, których już nie ma, warto sięgnąć po Bieszczady w PRL-u 3 oraz, jak podejrzewam, po pozostałe tomy, które na pewno trafią do moich zbiorów. 

 

Koniecznie musicie wybrać się w dwie podróże. Jedną z Krzysztofem Potaczałą, drugą samodzielnie. Kto wie, może spotkacie bieszczadzkie anioły lub... duchy członków zaginionej sotni? Podobno w połowie lat czterdziestych [sotnia]przedzierała się gdzieś spod Lwowa, a może jeszcze z dalsza, by wesprzeć swoich w walce z samostijną Ukrainą. Podobno dotarła w okolice Wetliny i tam przepadła bez wieści. Oddział liczył ponad stu ludzi, tyle samo koni, ale nigdy nie odnaleziono nawet ich śladu[5].

 

Podobno ten i ów natknął się na umundurowaną karawanę. Kto wie, może i wam się to przytrafi.

 

http://soy-como-el-viento.blogspot.com/2015/06/krzysztof-potaczaa-bieszczady-w-prl-u-3.html

+

Paula, Portal: www.mojswiat-szelestkart.blogspot.com 23-07-2015 12:23

Krzysztof Potaczała "Bieszczady w PRL-u 3"

 

Nikt mnie nie odwiedzie od zdania, że Polska jest krajem pięknym, że ma się czym pochwalić i że jest w niej wiele miejsce, które warto odwiedzić. Ze wszystkich tych, która ja chciałabym zobaczyć, na pierwsze miejsce wysuwają się aktualnie Bieszczady. Bardzo się ucieszyłam, gdy nadarzyła się okazja przeczytania książki Krzysztofa Potaczały. Nie dość, że o miejscu, które chcę poznać, to jeszcze o czasach, które należą do moich ulubionych. Czy mogłam zrezygnować? No, chyba logiczne, że nie. Wprawdzie to trzecia część, ale przy zbiorku reportaży nie ma to większego znaczenia poza tym, że po lekturze chce się sięgnąć po pozostałe dwa tomy.

 

Autor oddaje nam do rąk antologię złożoną z dwunastu historii, których cechą wspólną jest czas akcji: lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte. Miejscami wychodzi ona poza epokę „demokracji” ludowej, bo jak twierdzi sam autor, „mentalnie, środowiskowo, gospodarczo od razu Bieszczady się nie zmieniły” (str. 7). O czym więc możemy się dowiedzieć? Mnie chyba najbardziej zaskoczył tekst „Tęcza nad Tworylnem”, ponieważ nie miałam pojęcia, że opisywane wydarzenie w ogóle miało miejsce. W lipcu 1991 roku w Bieszczady zjechali ludzie zrzeszeni w międzynarodowym Stowarzyszeniu Rainbow Family. „Nikt nikomu niczego nie żałował, wszyscy dzielili się jedzeniem, byli dla siebie uprzejmi i mieli równe prawo głosu w każdej omawianej sprawie. Do Tworylnego nie jechano po to, żeby coś ugrać, coś załatwić albo zarobić” (str. 117). Uczestnicy chcieli później „wykupić dolinę Tworylnego, a następnie zapewnić jej ścisłą ochronę” (str. 124) – na ten cel zebrano aż osiemdziesiąt tysięcy dolarów! Do transakcji, oczywiście, nie doszło. 

 

Skoro Bieszczady, czyli góry, to i zwierzęta. „Na Wetlińskiej mieszkały: konie Karo i Erat, osioł Gapa, lama Iwan, koza Beksa. Wszystkie zapisały się złotymi zgłoskami w historii schroniska. Głośne z uwagi na niepospolity charakter i niezwyczajne upodobania” (str. 81) – jakie? Odpowiedź znajdziecie w książce. Był jeszcze znany na całą Polskę żubr Pulpit, który dobitnie pokazywał, że ma swoje zdanie i wędrował tam, gdzie chciał.

 

Ale Bieszczady to także ludzie. Na ranczo w Wilczej Dolinie ściągali studenci, którzy chcieli zobaczyć, jak to jest wypasać bydło. „Każdy mol książkowy, gryzipiórek, przyszły inżynier albo lekarz gotów był zamienić uczelniany strój na łachy, zawiązać sobie chustkę na szyi, wdziać gumiaki i zostać kowbojem” (str. 9). I chętnych na ten polski Dziki Zachód nie brakowało. Bieszczady stawały się też miejscem do życia dość skrajnych grup społecznych: przedstawicieli wojska i więźniów. „Gdyby nie żołnierze, bieszczadzkie szlaki komunikacyjne budowano by znacznie dłużej. Wojsko miało ludzi, a przede wszystkim sprzęt, czego za Gomułki brakowało państwowym przedsiębiorstwom. Dzięki nim życie wróciło w Bieszczady szybciej, niż się spodziewano” (str. 37). W Bieszczadach funkcjonowały także ośrodki pracy dla więźniów, zwane Oddziałam Zewnętrznymi. „Do pracy maszerowali czwórkami. Paśli krowy, ryli rowy, wycinali chwasty, tłukli kamienie” (str. 45).

 

Jeszcze kilka innych opowieści znajdziemy w tej niewielkiej książeczce. Każda z nich ma w sobie coś, czym przekonuje do siebie czytelnika. Całość składa się na obraz świata innego od pozostałych polskich regionów: pełnego surowej przyrody, która kojarzy się z dzikością i niczym nieskrępowaną wolnością. Najbardziej jednak nurtuje mnie jedno: czy coś z tego świata zostało? Chyba nie będąc nigdy w Bieszczadach, nie sposób na takie pytanie odpowiedzieć.

 

Odwołam się kolejny raz do słów Krzysztofa Potaczały. „Nie zawsze jest poważnie, bo i być nie powinno. Jak w życiu. Jeśli ktoś przez chwilę się pośmieje – będzie mi miło. Tak samo, jeśli się wzruszy lub kiedy nim z lekka zatrzęsie. Bo nie zgodzi się z taką lub inną opinią, nie we wszystko uwierzy, a może mu się PRL odbije czkawką. Ważne, że zareaguje” (str. 7). Myślę, że o to może być autor spokojny – jego reportaże nie pozostawiają obojętnym. Czyta się je dobrze, ale trzecia część ma jedną wadę: jest zwyczajnie za krótka. Pozostawiła we mnie pewien niedosyt, dlatego też nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie poznać pierwszej i drugiej. I Wam też polecam.       

 

Za możliwość przeczytania bardzo dziękuję Wydawnictwu BOSZ.

 

http://mojswiat-szelestkart.blogspot.com/2015/06/krzysztof-potaczaa-bieszczady-w-prl-u-3.html

 

 

+

Justyna Sekuła, Portal: www.bookeriada.pl 23-07-2015 12:18

Recenzja: Krzysztof Potaczała, „Bieszczady w PRL-u. Część 3″

 

Pamiętam swój pierwszy wyjazd w Bieszczady. Była połowa sierpnia, a nocne niebo przecinały spadające gwiazdy. Maksimum roju Perseidów, jednego z najbardziej regularnych rojów meteorów, którego orbita krzyżuje się każdego roku z ziemską. Niesamowity spektakl, którego postanowiliśmy doświadczyć w jednym z najciemniejszych miejsc w Polsce, gdzie Wszechświat wydaje się być na wyciągnięcie ręki, porażając swoją bliskością. Niebo usiane było milionem gwiazd. Wpatrywałam się w nie z zachwytem i myślałam sobie, że właśnie dla takich chwil żyję. Schowałam sobie ją głęboko w głowie. Zaglądam często w zakamarki swojego umysłu i znajduję w nich widoki, które są wciąż żywe i ciepłą falą wlewają się w moje serce, wywołując ten specyficzny rodzaj tęsknoty, który boli a jednocześnie ociera się o perwersyjne poczucie spełnienia.

 

Gdybym na Połoninie Wetlińskiej znalazła się w latach 70-tych ubiegłego wieku, obok rozłożonego pod Chatką Puchatka namiotu pewnie pasłby się uwiązany do trzydziestometrowej liny koń. Skubałby obojętnie trawę, od czasu do czasu odpędzając ogonem natrętne muchy, a świat by dla niego nie istniał. W momencie, w którym zaczęlibyśmy robić kanapki, przerodziłby się jednak w ognistego rumaka, zerwał linę, wpadł galopem w biwak i stratował wszystko, co byłoby pod kopytami. Następnie pożarłby chleb ze smalcem czy z konserwą, pomidory i jabłka oraz wszystko inne, co by tam leżało, walnął na pobojowisku wielką kupę i wolnym krokiem odszedł na pastwisko.

 

Koń, o którym mowa, nazywał się Erat i faktycznie mieszkał na połoninie, pomagając ówczesnym gospodarzom radzić sobie z trudami życia w bieszczadzkiej dziczy. Nie był jednak jedynym zwierzęciem, które żyło opodal schroniska. Przez zwierzyniec na połoninie przewinął się również, poprzednik Erata, koń Karo, który pozwalał stawać na swoim grzbiecie, osioł Gapa, który pewnego dnia capnął turystkę za pierś i za nic w świecie nie chciał puścić oraz lama Iwan, która zaprzyjaźniła się z kozą Beksą, osłaniając ją swoim ciałem od nieprzyjemnych podmuchów śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.

 

To tylko jedna z dwunastu historii przewijających się przez kartki „Bieszczadów w PRL-u”. Książka autorstwa Krzysztofa Potaczały jest zbiorem ilustrowanych opowieści, których nie sposób znaleźć w standardowych przewodnikach po Bieszczadach. Dzielą się nimi ludzie, którzy pamiętają jeszcze czasy raczkującej turystyki górskiej, kiedy na górskie ścieżki wkraczali pierwsi ludzie spragnieni bliskiego kontaktu z naturą.

 

Bieszczady jako góry dzikie i trudno dostępne (zwłaszcza w czasach PRL-u, kiedy o asfaltowych drogach można było tylko pomarzyć) obrosły mitem krainy magicznej, niezwykłej i posiadającej ten specyficzny klimat, który powoduje, że kiedy człowiek trafi tam raz, ma ochotę wracać już zawsze. Mi się ten mit podoba, kupuję go, bo sama za Bieszczadami tęsknię, ale jednocześnie mam świadomość tego, że Bieszczady na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat zmieniły się, a wraz z nimi specyfika górskich wędrówek, o czym świadczą choćby budowane właśnie schody prowadzące na Tarnicę. I kiedy na to patrzę, myślę sobie, że bardzo nie chciałabym w Bieszczadach kolejnego Giewontu. Że bardziej przemawia do mnie ten PRL, w którym choć żyło się ciężej, to może bardziej prawdziwie. Że gdybym mogła, to z chęcią cofnęłabym się w czasie, by na własne oczy zobaczyć Kwaterę Klanu Kowbojów i Trampów spod Baligrodu, więzienne oddziały Oddziałów Zewnętrznych czy przystanek Rainbow Family w Tworylnem.

 

I doświadczyć, czym jest „prawdziwe, bieszczadzkie życie”.

 

https://bookeriada.pl/recenzja-krzysztof-potaczala-bieszczady-w-prl-u-czesc-3/

 

+

Portal: www.ksiazki.onet.pl 23-07-2015 12:13

Co się stało z hipisami z Tęczowej Doliny

 

Grupę wyzwolonej młodzieży z Rainbow Family poznaliśmy przy okazji książki Krzysztofa Potaczały "Bieszczady w PRL-u 3". O tym, gdzie są teraz hipisi z doliny Tworylnego i w co zmienił się azyl dla młodych ludzi, opowiada Henryk Kliszko — doktor socjologii, założyciel Chaty Socjologa i schroniska na Wańka Dziale. Związany z Bieszczadami od 1968 do dzisiaj obserwuje zachodzące tam zmiany społeczne.

 

Czym była założona przez Pana w Bieszczadach Chata Socjologa?

 

Henryk Kliszko: Chata Socjologa była dla mnie spotkaniem bieszczadzkiego mitu z mitem maoistycznym.

 

To znaczy?

 

Poszukiwaliśmy formy oddolnego komunizmu, bez narzucania go komukolwiek, ostentacji, na uboczu. Chcieliśmy pokazać, że tak się da i chyba to się udało.

 

Jakie były początki Chaty?

 

Chata Socjologa, wcześniej baza w Horodku i potem schronisko "Wańka Dział", powstały przy absolutnym minimum środków finansowych, dzięki własnej fizycznej pracy młodzieży. Po pożarze Chaty Socjologa społeczność skupiona wokół niej odbudowała ją własnym nakładem środków. Z pobudek ideowych nawet po odbudowaniu nie ma w niej dotąd elektryczności, ani bieżącej wody. Chodzi o unikanie form życia ułatwionego, które mogłoby zagrozić życiu wspólnoty. Te warunki zawsze stanowiły sito, dzięki czemu na pobyt w nich decydowali się tylko ci, którzy akceptowali ów minimalizm.

 

Czyli kto?

 

Głównie były to osoby, które po prostu szukały wolności przy braku kontroli społecznej i minimalnych potrzebach materialnych. Chciały odnaleźć siebie.

 

Kim one były?

 

Obok tradycyjnych osadników i pracowników sezonowych pojawiali się tam tzw. "bracia wolnego ducha", leśnicy, artyści, zbiegowie spod prawa, osadzeni i byli skazani oraz ich opiekunowie — "klawisze". Z czasem także hipisi i narkomani.

 

Jak znaleźli się w Chacie?

 

Najpierw w ramach socjoterapii, potem ci, którzy po prostu szukali ułatwionego dostępu do marihuany czy heroiny — "szczęcia instant". Ze schroniskiem na Wańka Dziale najbardziej związani byli przedstawiciele ruchów antysystemowych — WiP, RSA, Miedzymiastówka i Federacja Anarchistyczna, Młodzież Przeciwko Rasizmowi w Europie, ruch ekologiczny "Grunland", jednostki z ruchu oazowego i akcji harcerskiej "Bieszczady 40".

 

Antysystemowa młodzież sprawiała problemy?

 

Nie, raczej nie, za wyjątkiem zniszczenia jednej ambony myśliwskiej z pobudek ideowych. Cechowała ich wysoka świadomość, samodyscyplina, zdolności samoorganizacyjne. Jedyne napięcia powstawały na styku ze środowiskiem prawicy narodowej i ruchu oazowego. Dawni i obecni gospodarze Klubu Otryckiego i Chaty Socjologa zawsze dbali o dobre stosunki z sąsiednimi mieszkańcami, zachowując jednak pewien dystans wobec kręgów posthipisowskich.

 

Skąd ten dystans?

 

Hipisi, o których mowa w ostatnim rozdziale książki "Potaczały", przyczynili się do końca pewnej epoki. Jej początkiem był zryw wolności popaździernikowej — rok 56.

 

Co się wtedy działo?

 

W Bieszczady zjechały tysiące młodych ludzi, zachłyśniętych "bieszczadzkim mitem wolności". Czytamy o nich w rozdziale "Ranczo z Wilczej Doliny". Żyli w atmosferze wzajemnego wsparcia, wspólnoty, chcieli sobie pomagać.

 

Sytuacja się kiedyś powtórzyła?

 

W latach 90 nagle pojawia się zlot tysięcy hipisów z całego świata. Szukają jakiegoś ekstremum, które pozwoli im odbyć natychmiastowy "mityczny" rytuał przejścia. W dolinie Sanu panowały naprawdę skrajne warunki. Brak wody, prądu, odcięcie od cywilizacji. Jeśli czytał Pan dokładnie rozdział o Rainbow Family, wie Pan, że tam naprawdę chodziło o obcowanie z naturą — potrzeby fizjologiczne załatwiało się bez skrępowania innymi, w wykopanym przez siebie dołku.

 

To szokujące!

 

Młodzież z Polski i całego świata jechała tam po to, żeby doświadczyć przeżyć granicznych i zobaczyć jak ich to zmieni. Te poszukiwania  miały póżniej coraz mniej obrzędowy charakter i szły coraz badziej "na skróty".

 

Na skróty?

 

Z czasem wśród członków tęczowej rodziny rodzi się antymit nowych Bieszczadów. Ci sami ludzie, którzy niegdyś mówili o ideach wolności i osobistego  wyzwolenia przystali na wchłonięcie przez nową cywilizację pieniądza.

 

Mieszkają nadal w Bieszczadach?

 

Tak. Noszą pseudofolkowy, posthipisowski ubiór, brody i dredy. Mają  posiadłości ziemskie i stadniny konne, a dzięki pieniądzom — monopol dostępu do masowych mediów, życzliwość polityków i organow porządku.

 

Są zadowoleni?

 

Ci ludzie w nowym systemie zaczęli bardzo szybko się bogacić. Dzięki kontaktom nawiązanym na międzynarodowych zlotach mieli łatwy dostęp do środków poprawiających nastrój. Obecnie mają również wyłączność ich dystrybucji.

 

I ludzie po nie sięgają?

 

Zaraźliwa i narastająca "depresyjność" młodzieży budzi potrzebę coraz to większych dawek iluzji i złudzeń dostępnych za pieniądze. Takie ułatwione przejścia oferują obecnie Bieszczady. Niewiele ma to wspólnego z  wolnością, czy prawdziwym poznaniem samego siebie. Uważny czytelnik może odnaleźć potwierdzenie tego obrazu i zapowiedź jego przemian w rozdziale "Tęcza nad Tworylnem".

 

Problem narkotyków był obecny w tych kręgach od początku?

 

Nie, początkowo bagatelizowałem ten problem. Dopiero koncert punkowskiej sceny niezależnej w sierpniu 1997 w Ustrzykach Dolnych ujawnił ścisłe powiązania "systemu" z posthipisowskim układem. Po raz pierwszy zauważyłem wtedy znane mi wcześniej osoby jawnie handlujące narkotykami.

 

Co Pan wtedy zrobił?

 

Zacząłem, trochę im na złość, organizować na "Wańka Dziale" obozy terapeutyczne dla osób uzależnionych i zarażonych wirusem HIV. W reakcji na nie zlikwidowano schronisko Wańka Dział, a sam obiekt przejęła międzynarodowa firma powiązana rodzinnie z posthipisowskim kompleksem lokalnym.

 

To wpłynęło na Pana decyzję o opuszczeniu Bieszczad?

 

Bieszczady zmieniły swój dawny charakter. Teraz prym wiodą tam osoby zamożne, hedonistyczne i wyrachowane. Łączą psychodeliczną "duchowość" z bezdusznym korzystaniem z uzależnienia innych, żeby się bogacić.

 

Nie żałował Pan tego?

 

Z drugiej strony Chata Socjologa na Otrycie oraz powiązane z nią ideowo schronisko w Bartnem w Beskidzie Niskim, to nadal jedyne znane mi miejsca azylu dla młodych ludzi szukających bliskości natury i bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem.

 

http://ksiazki.onet.pl/henryk-kliszko-bieszczady-w-prl-u-3-wywiad/qlg95d

 

+

Bernardeta Łagodzic-Mielnik, Portal: Lubimyczytać.pl 17-06-2015 11:26

Podróż w Bieszczady, których już nie ma

 

Pokój i spokój po II wojnie światowej zapanował w Bieszczadach później niż w innych częściach kraju. Na początku lat 50. XX wieku ta kraina była dzika, pusta i wyludniona. Zniszczyły ją bandy UPA, odmieniła Akcja Wisła. Na szczęście życie w ten rejon zaczęło szybko powracać. Podjęto decyzję o budowie dróg, mostów, elektryfikacji, odtworzeniu ludzkich osad. W Bieszczady zaczęli przyjeżdżać ludzie z całej Polski. Do pracy z woli własnej i z przymusu jak więźniowie, w poszukiwaniu przygód i swego miejsca na ziemi. Wracali też niektórzy wysiedleni. W te tereny kierowano do pracy żołnierzy i studentów. W Bieszczadach wypoczywali harcerze i młodzież, powoli powstawała infrastruktura turystyczna, wytyczano szlaki a chętnych do spędzenia tu wakacji czy urlopu było coraz więcej. Rozwijała się gospodarka leśna i rolna. Przez kilka dekad Bieszczady odradzały się, by wraz z przemianami ustrojowymi znów zmienić swoje oblicze. Dziś Bieszczad w odsłonie „jak za komuny” już nie ma. Polski Dziki Zachód znów się zmienił, ale przeszłość zapisała się w ludziach. Dziś wielu wspomina te dawne czasy z nostalgią i łezką w oku. Klimat komunistycznych Bieszczad idealnie zapisał się w reportażach Krzysztofa Potaczały. Drukarnie opuściła trzecia i niestety ostatnia książka zawierająca kilkanaście reportaży z tamtych lat wydana w cyklu „Bieszczady w PRL-u”. Lektura równie ciekawa jak jej poprzedniczki, zabierająca w świat, którego już nie ma, wspominająca ludzi i miejsca, osobliwości Bieszczad, które bezpowrotnie odeszły do lamusa.

Dwanaście reportaży pokazuje krainę Biesów i Czadów z lat 60., 70. ale i z lat 90. kiedy nagle wszystko zaczęło się zmieniać, znikać, ewoluować. Upadek systemu bowiem okazał się w tym rejonie wyjątkowo wyrazisty i przeszedł niczym rewolucja. Zniknęły bowiem prawie wszystkie zakłady pracy, zlikwidowano je bądź same upadły. Ludzie przestali dobrze zarabiać, stracili miejsca pracy, a w mediach zaczęto zbiórki darów dla biednych bieszczadzkich dzieci. A wydawało się, że W PRL-u było tam ubogo!

 

Ta książka, jak i cały cykl, jest bezcenna i zawiera historie, które przeszły już do przeszłości. Zapisały się jedynie w pamięci osób, które były ich naocznymi świadkami. Wyciągnięte na światło dzienne, opisane po latach stanowią pamiątkę tamtego czasu, który był mimo wszystko dla Bieszczad szczęśliwy i łaskawy. Nierozsądnie, niezgodnie z ekonomią, bezmyślnie ale jednak te tereny zagospodarowano. Pewnie i trochę zniszczono, ale i trafiło tu wielu miłośników dziewiczości, wolności oraz tych, którzy lubią życie blisko natury daleko od miejskiego zgiełku. O czym mówią reportaże z tego tomu?

O kreowanych na wzór kowbojskich ranczach, w których wypasem bydła zajmowali się młodzi ochotnicy, o wypadach do tzw. Bieszczadzkiego Worka i nielegalnych polowaniach na jego terenie, o świadomym igraniu z czujnością radzieckich służ chroniących granicę, o budowie dróg przez wojsko i pracy więźniów w półotwartych zakładach karnych, a wreszcie o zwierzętach związanych ze schroniskiem Chatka Puchatka i zlocie Rainbow Family w Tworylnem oraz o towarzyskim żubrze noszącym imię Pulpit.

 

Z tekstów bije klimat tamtego okresu. Czuć ten wiatr co hula beztrosko na połoninach, czuć radość z obcowania z przepiękną naturą, ale i słychać odgłos niemogących się wygrzebać z błota pojazdów mechanicznych, rozlega się muczenie stad krów, brzmią też w uszach bębny uczestników zlotu Tęczowych Rodzin. Całą książkę od przysłowiowej deski do deski przeczytałam z ogromnym zaciekawieniem i rumieńcami na policzkach. Odkrywałam to, co uleciało z czasem, patrzyłam na krainę, którą świetnie znam i bardzo kocham z innej perspektywy. Bo choć minęło w sumie niewiele lat to Bieszczady zmieniły się diametralnie. Reportaże pokazują prawdziwe życie w dzikich ostępach, przedstawiają ciekawych ludzi, którzy tu zawitali. W te Bieszczady już nikt nie pojedzie, bo ich nie ma. Wspaniale, że Autor w swoich tekstach ocalił je od zapomnienia i pokazał młodemu pokoleniu. A starszym czytelnikom pozwolił na wspomnienia i sentymentalną podróż.

 

Bernardeta Łagodzic-Mielnik


 

+

Portal: Wywrota.pl 19-05-2015 09:23

Opowieść sentymentalna – reportaże Krzysztofa Potaczały „Bieszczady w PRL-3”

 

„Bieszczady w PRL-u 3” to ostatnia część cyklu reportaży Krzysztofa Potaczały o mieszkańcach tego wyjątkowego regionu Polski w trudnych, lecz często wspominanych z sentymentem czasach PRL. Z pewnością pozycja ta przyczyni się do podtrzymania bieszczadzkich mitów, których wiele powstało właśnie w komunistycznym okresie historii Polski.

 

Wielu powtórzy, że Bieszczady to nie miejsce, a stan umysłu. Każdego tam ciągnie, lecz nie każdy może tam żyć. W czasach PRL-u próbowano na wiele sposobów ucywilizować to miejsce, zaludnić i pomóc przetrwać mieszkańcom. Zakładano PGR-y, rancza, na których ochotnicy pracowali przy wypasie bydła. Było to miejsce także licznych baz wojskowych i posterunków z racji bliskości granicy państwa, a także więzień, gdzie skazańcy odpracowywali swoje kary.

 

Reportaże Potaczały podbudowane wspomnieniami autora i wywiadami z mieszkańcami są sentymentalnymi opowieściami o życiu codziennym w Bieszczadach. Trzeba jednak zaznaczyć, że tamtejsza codzienność różniła się od tej, którą znamy w mieście. Najprostsza czynność stawała się przygodą, walką z przyrodą i systemem.

 

Charakterystyczny rys czasów PRL nie różnił się od tego, jaki miał miejsce w miastach, gdzie również nie było podstawowych produktów, w sklepach niczego nie można było dostać i jeśli nie miałeś znajomości życie stawało się jeszcze trudniejsze. Różnicę jednak nadawała przyroda, dzikie i niedotknięte ludzką ręką lasy, które były schronieniem dla dzikiej zwierzyny, dezerterów, uciekinierów, rozbójników czy byłych członków UPA.

 

Większość mieszkańców Bieszczad wówczas stanowili przejezdni, pracownicy sezonowi, żołnierze, więźniowie. Jedni uciekali, inni zakochani w Bieszczadach zostawali. To oni stawali się pionierami. Budowali pierwsze drogi, zakładali pierwsze gospodarstwa, schroniska turystyczne. Niektórzy żyją tam do dzisiaj.

 

Potaczała świetnie oddaje klimat PRL. Ludzie, z którymi rozmawia wspominają ten czas z sentymentem. Ci, którzy potrafili dobrze kombinować mogli zdziałać wiele. Najważniejsze było, aby się dogadać po cichu i załatwić np. dynamit od żołnierzy, który przydał się w czasie wykopywania studni. Dla więźniów był to raj. Obarczeni byli ciężką pracą i życiem w trudnych warunkach, jednak wynagradzała im to przyroda, przestrzeń i piękne widoki. Także dyscyplina i nadzór były mniejsze, jakby życie w Bieszczadach było już dostateczną karą.

 

W trzeciej części swoich reportaży autor opisuje także czasy zaraz po upadku PRL, kiedy państwowe gospodarstwa były likwidowane, ludzie pozostawali bez pracy. Tak ogromna transformacja ustrojowa okazała się zbyt szybka dla zakorzenionej mocno w PRL świadomości ludzkiej i charakterystycznego sposobu życia. Bieda wielu zepchnęła w alkoholizm lub zmusiła do ucieczki na zachód. Nieprzystosowani do nowych warunków wkraczającego kapitalizmu mieszkańcy cierpieli i tęsknili za czasami komunizmu, w których zawsze dało się coś załatwić.  

 

Wśród opowieści Potaczały znajdziemy także historie pierwszych zjazdów hipisów nad Tworylnem, inicjatyw mających na celu założenie rancza rodem z amerykańskich prerii, to z nich wyrośli pierwsi bieszczadzcy kowboje. Znalazły się tam również wzruszające historie przyjaźni ze zwierzętami, a wśród nich słynnego konia Caro, żubra Pulpita, czy też osła z charakterem o imieniu Gapa i wyjątkowej lamy Iwana. Każde z tych niewielkich istnień zapisało się w pamięci mieszkańców i turystów wędrujących po Połoninie Wetlińskiej. Razem współtworzą współczesne mity bieszczadzkie, którym poświęcone są słowa niejednej piosenki śpiewanej przy ognisku.

 

Czasy PRL z ich charakterystycznym i często wymuszonym przez system stylem życia są nieodłącznym elementem bieszczadzkiego klimatu. Dzisiaj ten dziki region coraz bardziej zdominowany jest przez skomercjalizowaną turystykę wraz z jej kebabowymi budkami. Jednak, ci którzy szukają z pewnością odnajdą bieszczadzkiego ducha w opowieściach najstarszych mieszkańców. W Chatce Puchatka wciąż można zagadnąć do jej gospodarza i poprosić o parę historii. Możne uda wam się jeszcze usłyszeć wspomnienia o ulubionym koniu Caro. 

 

Reportaże Krzysztofa Potaczały zebrane w cyklu „Bieszczady w PRL” są zapisem wspomnień ludzi, którzy tam mieszkali bądź żyją tam do dziś. Wzbogacone zdjęciami z ich prywatny zbiorów są bardzo dobrą pozycją wzbogacającą historię bieszczadzkich lasów, a także w pewnym stopniu utrwalającą jej mity.


http://www.wywrota.pl/literatura/27304-opowiesc-sentymentalna-reportaze-krzyszt.html

Tytuły powiązane:

Bieszczady w PRL-u

Krzysztof Potaczała

2013

Bieszczady w PRL-u. Część 2

Krzysztof Potaczała

2013

aktualności

CZARNY WEEKEND

„Czarny weekend” czyli super przeceny na bestsellery wydawnictwa BOSZ: Bestiariusz 1 Bestiariusz...

> więcej

Zapowiedzi zobacz wszystkie

Minialbum odwołujący się do tytułu Beksiński 4, kończącego serię cieszących się ogromną popularnością książek poświęconych...

> więcej

Trzeci z minialbumów dotyczących bogatej twórczości, pochodzącego z Sanoka, Zdzisława Beksińskiego. Tym razem mamy do...

> więcej

«powrót