Rolke

Cena:

89.90 zł

Przeglądaj książkę

DZIAŁ: FOTOGRAFIA

  • Liczba stron:

    208

  • Liczba zdjęć:

    215

  • Format:

    240 × 300 mm

  • ISBN:

    978-83-7576-225-9

  • Oprawa:

    twarda

  • Numer wydania:

    I

  • Rok wydania:

    2015

  • Język:

    polski

Rolke

Tadeusz Rolke  (autor) | Anda Rottenberg  (tekst) | Andrzej Barecki  (proj. graf.) | Maria Płażewska  (red.)

Album Tadeusza Rolke to wyjątkowa propozycja dla wszystkich ceniących fotografię artystyczną w konwencji reportażu. Zafascynowany życiem towarzyskim i społecznym artysta na swoich zdjęciach pokazuje to, co urzekało go najbardziej: roześmianych przechodniów, całującą się parę młodych ludzi, odpoczywającą dziewczynkę… Jego fotografie przesiąknięte są intymnością oraz emocjonalnością uwiecznionych postaci.

Interesuje go nie tylko dynamika wydarzeń, ale także sztuka i kobiety. Często te dwie swoje „miłości” ze sobą konfrontował. Najwięcej miejsca w swojej twórczości Rolke poświęcił właśnie kobietom, eksponując ich uwodzicielskie piękno, seksualność oraz spontaniczność i drzemiące w nich uczucia. Fotografik zajmował się także portretowaniem znanych artystów, pisarzy, ludzi filmu czy muzyków, jak chociażby Kory oraz Poli Dwurnik.

Zaprezentowane w albumie fotografie zostały zebrane w kilku kategoriach doskonale eksponujących główne zainteresowania artysty oraz jego specyficzny styl balansujący na granicy prostoty i wyrafinowania, spontaniczności i sztuczności.

Rolke to fotografik niełatwy do sklasyfikowania, wciąż poszukujący i eksperymentujący, który jeszcze nie raz zaskoczy wszystkich wielbicieli sztuki, w tym miłośników fotografii.




Dziękujemy za dodanie recenzji
+

Andrzej Sitko, Portal: www.poludnie.com.pl 05-11-2015 13:23

Tadeusz Rolke, mistrz fotografii

 

W dobie fotografii cyfrowej, której rozwój w ostatnich latach byłby nie do pomyślenia dla fotografów pracujących na błonie negatywowej, znajomość takich pojęć z zakresu fotografii, jak chociażby koreks, nie jest już wymagana. Dzisiaj praktycznie nikt, poza artystami fotografikami, nie wywołuje samodzielnie zdjęć. Zatem w jakim celu mamy znać zakres temperatury utrwalacza w kuwecie, albo jak długo film negatywowy powinien być wywoływany? Jednego tylko osoba świadomie naciskająca spust cyfrowego aparatu fotograficznego nie może nie wiedzieć. Historii fotografii. I nie mam tu na myśli drogi od urządzeń camera obscura po cyfrówkę, ale nazwisk fotografów i fotoreporterów, którzy tę historię tworzyli.

 

Jedną z takich postaci jest urodzony w Warszawie Tadeusz Rolke, artysta fotografik, uważany za prekursora polskiej fotografii reportażowej. Swoją przygodę z fotografią rozpoczął podczas II wojny światowej. Fotografią zawodową zaczął zajmować się w latach pięćdziesiątych XX w. Zdjęcia publikował w takich tytułach, jak „Stolica”, „Świat”, „Polska”, „Ty i Ja” i „Przekrój”. Tematem jego zdjęć był najczęściej człowiek. W swoich reportażach fotograficznych próbował oddać polską rzeczywistość. Fotografował warunki życia Cyganów mieszkających w podwarszawskich miejscowościach, ale również portretował polskich artystów i modelki.

 

W 1970 roku wyjechał na emigrację do ówczesnej Republiki Federalnej Niemiec. Swoje zdjęcia publikował w takich tytułach jak „Stern”, Die Zeit” i „Spiegel”. Za swój najlepszy fotoreportaż uznaje zdjęcia z hamburskiego Fischmarktu. Zresztą te obrazy przyniosły fotografowi światowy rozgłos. Inny fotoreportaż Rolkego z tamtego czasu opowiadał o życiu narkomanów w ośrodku Velgen.

 

Bohaterkami fotografii Tadeusza Rolke są także kobiety, młode i piękne. - Bardzo często dziennikarze pytają, jak powstają fotografie, albo pytają, dlaczego fotografuję kobiety. Fotografuję kobiety, bo lubię je fotografować. Ludzie, którzy nie mają do czynienia bezpośrednio z kreowaniem pewnego obrazu, nie zdają sobie sprawy, że te obrazy istnieją w rzeczywistości. Więc jeśli znajduję się w jakimś miejscu, to fotografia robi się sama. Ja tylko naciskam spust migawki. To jest trudne do wytłumaczenia. Oczywiście dawniej trzeba było jeszcze nastawić parametry aparatu, zmierzyć światło – powiedział Tadeusz Rolke.

 

W kręgu jego zainteresowań fotograficznych są również miejsca związane z polskimi Żydami. Jak fotograf sam przyznaje nie jest fotograficznym purystą. Nie ostrość jest dla niego najważniejsza, a klimat zdjęcia.

 

Tadeusz Rolke jest nie tylko fotografem, ale również nauczycielem akademickim. Swoją wiedzą i doświadczeniem dzieli się ze studentami Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego i Warszawskiej Szkoły Fotografii. Ma w swoim dorobku kilka książek – albumów fotograficznych, między innymi „Tu byliśmy. Ostatnie ślady zaginionej kultury”. We wrześniu tego roku ukazał się najnowszy album zatytułowany „Rolke”.

 

W 2014 roku Tadeusz Rolke został laureatem Nagrody Południa za wybitny dorobek w dziedzinie fotografii.

 

http://www.poludnie.com.pl/aktualnosci/item/815-tadeusz-rolke-mistrz-fotografii

+

Damian Gajda, Portal: www.onet.pl 05-11-2015 12:48

— Czasami dziennikarze pytają mnie: "a po co pan to sfotografował". Albo: "czy ta kobieta zgodziła się na zdjęcia?" — mówi Tadeusz Rolke. Pierwsze zdjęcie zrobił jako piętnastolatek — już wtedy wiedział, że swoją przyszłość zwiąże z fotografią. Chociaż formalnie przeszedł na emeryturę, zapowiada, że nigdy nie przestanie pracować. Niedawno ukazał się jego nowy album "Rolke".

 

Tadeusz Rolke: Tak, zrobiłem je tuż przed wybuchem powstania warszawskiego. Miałem wtedy 15 lat. Jest na nim służąca, która pracowała w moim rodzinnym domu na Kredytowej i jej znajoma. Zdjęcie zachowało się dzięki matce, która ocaliła je w czasie wojny.

Czym się Pan kieruje, wybierając bohaterów swoich zdjęć?

To zależy od adresata. W moim archiwum większość stanowią zdjęcia zrobione wyłącznie dla siebie. Jeśli chodzi o bohaterów — zostają narzuceni przez zleceniodawcę albo sam ich wybieram. Kiedy trzy lata temu miałem wystawę w muzeum w Krakowie, wśród dwudziestu jeden fotografii znalazły się zaledwie cztery, które wykonałem na zamówienie. Reszta była tym, co nazywam "fotografią nikomu niepotrzebną".

Jest Pan uważany za artystę "trudnego do sklasyfikowania, wciąż poszukującego i eksperymentującego". Zgadza się Pan z tym?

Wielu fotografów, którzy przez całe życie robili zdjęcia tylko na zlecenie agencji, ograniczyło się do jednego rodzaju zdjęć. A ja, chociaż pracę zaczynałem w tygodniku ilustrowanym "Stolica", dosyć wcześniej zauważyłem, że istnieją inne dziedziny tej sztuki. Szczególnie potem, kiedy przeszedłem na wiele lat do redakcji pisma "Polska", które nie potrzebowało czystego fotoreportażu, tak jak "Świat" lub "Stolica".

W jaki sposób zdjęcie staje się reportażem?

Zdjęcie także stanowi rodzaj publicystyki i nośnik informacji. Czysty fotoreportaż ma obowiązek oddawać tylko istniejącą rzeczywistość. Przez lata pracy zdarzyło mi się naprawdę wiele sytuacji, kiedy tworzyłem eseje fotograficzne na zlecenie.

PRL to chyba nie był najlepszy moment na debiut dla młodego fotografa?

Kiedy miało się 20, 30 lat, dużo łatwiej było znosić niedogodności PRL-u. Cieszyliśmy się drobnostkami — słodyczami, plakatami, płytami, bo wszystkiego nam brakowało. Młodzi fotoreporterzy nie mieli identycznego podejścia do systemu. Jałosiński na przykład identyfikował się z władzą, był członkiem partii, dobrze czuł się w tamtym świecie. Moje poglądy zupełnie nie zgadzały się z proponowanymi Polakom przez rząd. Dlatego musiałem wyjechać z kraju.

Podejście do pracy fotografów zmieniło się na przestrzeni lat?

Dziś każdy posiada aparat w swoim telefonie komórkowym. Kiedyś fotografia mody była mało wydumana. Nie miała w sobie tych wszystkich trików, efektów świetlnych, które teraz można uzyskać w profesjonalnym studiu. Poza tym nasze zdjęcia nie były retuszowane.

A co Pan sądzi o współczesnej fotografii?

Fotografia zawodowa jest na wysokim poziomie, dopóki nie stanie się kompletnie zmanipulowana przez Photoshopa. Jeśli zdjęcie jakiejś aktorki zostanie poddane takiemu procesowi, w finalnej wersji ona zupełnie siebie nie przypomina! To nie ma nic wspólnego z prawdziwą fotografią, która ma być przede wszystkim rzetelną informacją.

 

Dziś wielu młodych fotografów ma status celebryty. W PRL-u też tak było?

Fotografia prasowa miała wtedy wielką moc. Wojciech Plewiński, który sfotografował około 500 dziewczyn z okładek "Przekroju", nie mógł narzekać na powodzenie. Pamiętajmy, że to były czasy, kiedy telewizja nie miała tak dużej mocy sprawczej. "Świat", "Stolica", "Przekrój", "Ty i Ja", "Panorama" to były tygodniki, które czytali naprawdę wszyscy. Jeśli powiedziało się, że pracuje się dla któregoś z tych tytułów, dostawało się kredyt zaufania.

Fotoreporterzy trzymali się razem?

Fotoreporterzy nie tworzyli wtedy środowiska, paczki. Najczęściej widywałem Janka Morka, bo pracowaliśmy w tym samym wydawnictwie, czyli w Interpresie. Na branżowych imprezach spotykałem się z Aleksandrem Jałosińskim, ale łączyła nas tylko znajomość zawodowa, a nie wielka przyjaźń. Najbliżej byłem z Wojciechem Plewińskim z "Przekroju", mimo że mieszkał w Krakowie. Zatrzymywałem się u niego, kiedy jeździłem tam służbowo. Romualda Broniarka w ogóle nie znałem, on był związany z redakcją "Przyjaźni", tubą propagandową przyjaźni polsko-radzieckiej.

W tamtych latach widywano Pana z artystami skupionymi wokół galerii Foksal.

To były cudowne lata. O każdej porze dnia mogłem iść do kawiarni SARP-u na Foksal i spotkać tam Wiesława Borowskiego, Henryka Stażewskiego czy Edwarda Krasińskiego. Nie musieliśmy się umawiać — zresztą nie bardzo było jak... Przecież wtedy mało kto miał telefon stacjonarny, a o komórkach jeszcze nikt nie myślał. Moje towarzystwo było bardziej artystyczne niż dziennikarskie.

 

Niedawno ukazał się Pana kolejny album. Nie myśli Pan o emeryturze?

Z punktu widzenia formalnego jestem emerytem — pobieram emeryturę. Ja jednak cały czas pracuję. Zwłaszcza teraz, po premierze nowego albumu, ciągle mnie gdzieś zapraszają.

Podoba się to Panu?

Czasami dziennikarze pytają mnie: "a po co Pan to sfotografował". Albo: "czy ta kobieta zgodziła się na zdjęcia?". Oczywiście, że zgodziła, przecież nie została zgwałcona i zmuszona!

A ile czasu pracuje Pan nad jedną sesją?

Nie za długo — nie jestem takim superpedantem. Najpierw trzeba osiągnąć nastrój twórczy, a potem przychodzi apogeum.

Sam Pan wywołuje swoje prace?

Nigdy w życiu nie wywoływałem kolorowego zdjęcia! Wszystkie oddaję do opracowania komuś kompetentnemu.

Jak Pan myśli, z czego wynika popularność Pana zdjęć?

Przede wszystkim panuje moda na PRL i wszystko, co z nim związane. Im dalej od tamtej epoki, tym większe zainteresowanie wzbudza. Poza tym młodzi ludzie kochają fotografię analogową i czarno-białą.

 

Rolke to fotografik niełatwy do sklasyfikowania, wciąż poszukujący i eksperymentujący, który jeszcze nieraz zaskoczy wszystkich wielbicieli sztuki, w tym miłośników fotografii.

 

http://facet.onet.pl/tadeusz-rolke-nigdy-nie-przestane-tworzyc/7vbs0e

 

 
 
+

Ewa Koszowska, Portal: Wirtualna Polska, www.wadomości.wp.pl 05-11-2015 11:55

Tadeusz Rolke o Polakach: boją się wszystkiego, co jest obce

Dobrze by było, żeby polski naród troszkę się ucywilizował. Nie czytają gazet ani książek, tylko gapią się w telewizor. Ogłupieni są serialami. I boją się wszystkiego, co jest obce. To jest ta swojskość. Podział na "swoi" i "obcy". Straszna prowincja! Gomułka musi się w grobie bardzo cieszyć. Niemyślący, leniwy tłum ludzi, patrzący tylko w kotlet schabowy, który jest najlepszy na świecie - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską Tadeusz Rolke, jeden z najwybitniejszych XX-wiecznych fotografów. Prawie 200 zdjęć można zobaczyć w albumie prezentującym dorobek artysty "Rolke".

 

 
 

Ewa Koszowska, Wirtualna Polska: Umie pan zrobić perfekcyjne selfie?

Tadeusz Rolke: (śmiech).

 
 

Wie pan o co chodzi?

- Jasne. To taka modna zabawa.

 
 

 

 
 

Sprawdzimy jak wyjdzie? Proszę wziąć mój telefon.

- Ja mam zrobić swój autoportret? Jestem daleki od narcyzmu. Zróbmy razem to zdjęcie.

 
 

Dziś młodzi ludzie są w stanie zrobić coraz więcej dla ujęcia, które ich znajomi "polubią" na Facebooku. Wie, pan, że w tym roku więcej osób zginęło od robienia selfie niż od ataku rekina. Opłaca się?

- A w jaki sposób się ginie?

 
 

Spadają z wysokości, giną w wypadku drogowym, zostają porażeni prądem... W lipcu zginął w Warszawie mężczyzna, który chciał sobie zrobić selfie w locie.

- Skoczył? Musiał być bardzo lekkomyślny.

 
 

A co pan by poświęcił dla dobrego zdjęcia?

- Poświęca się czas, energię. Można zmoknąć albo zmarznąć. Ale nie spadać z barierki.

 
 

A panu zdarzało się długo czekać na odpowiednie ujęcie?

- Oczywiście. Jeśli chodzi o architekturę, czasami trwa to kilka godzin, zanim złapie się odpowiednie światło na fasadzie. Podobnie czeka się przy zdjęciach pejzaży. Trzeba mieć dużą dozę cierpliwości.

 
 

Jest takie zdjęcie, któremu pan poświecił bardzo dużo czasu, czekając na odpowiedni moment. A którego do tej pory nie udało się zrobić.

- W Izraelu. Skąd pani wie?

 
 

Obiło mi się o uszy.

- Idealnie byłoby zrobić zdjęcie - zestawienie osób, które są jakby chodzącymi rekwizytami tamtego kraju.

 
 

Czyli kto miałby być na tym zdjęciu?

- Żołnierz z pistoletem maszynowym, piękna kobieta - Izraelka, kobieta arabska oraz Chasyd - ktoś wyraźnie ortodoksyjny. I chciałbym jeszcze jakiegoś mężczyznę, który wskazuje, że jest Palestyńczykiem.

 
 

I to zdjęcie miałoby być naturalne, nie ustawione?

- Tylko, że to jest abstrakcja. Przypuszczam, że matematyk wysnułby z tego rachunek prawdopodobieństwa, które miałoby bardzo nikłe szanse na realizację. Dlatego kiedyś pomyślałem, żeby takie zdjęcie zaaranżować. W pewnym sensie też by mnie zaspokoiło. Ale to już nie to samo, co momentu.

Jak kobieta nie wyraziła zgody, to rezygnowałem. Nie było negocjacjiTadeusz Rolke

 

 
 

Jakie kobiety pan wybierał do swoich zdjęć?

- Szczupłe.

 
 

Dlaczego?

- Bo takie mi się podobają (śmiech). W zasadzie wolę ciemnowłose kobiety, ale są też blondynki o takim wdzięku, że mężczyźni przewracają się przed nimi. Nie chodzi mi o piękność rzucającą się w oczy. Żadne duże biusty, uwodzicielskie spojrzenia. Po prostu naturalne piękno. Oprócz tego kobieta musi być kontaktowa, mieć energię wychodzącą na zewnątrz.

 
 

Było kiedyś tak, że spotkał pan na ulicy kobietę i pomyślał, że musi ją sfotografować?

- Tak.

 
 

Jak się takiej kobiecie składa propozycję?

- Mój kolega, Eustachy Kossakowski, podszedł kiedyś do dziewczyny na ulicy, przedstawił się i powiedział: "Zapraszam panią na kawę. Usiądziemy i porozmawiamy". Ona spytała: "A o czym?". I zdaje się, że na tym skończyła się ich znajomość. Natomiast moja znajomość nie skończyła się na tym etapie.

 
 

Gdzie pan ją spotkał?

- To było w Krakowie. Kręciliśmy zdjęcia z ekipą. Mieliśmy samochód i kierowcę. Było lato, upał. Postanowiliśmy pojechać się wykąpać za miasto. Zobaczyłem dziewczynę na ulicy, podszedłem do niej i spytałem: "Może ma pani ochotę na kąpiel za miastem?". Ona na to: "Dobrze, ale musimy pojechać po kostium". Pojechaliśmy po kostium, potem nad rzekę. Zawarliśmy znajomość i były z tego piękne zdjęcia. Odwiedziła mnie jakiś czas później w Warszawie i wtedy ją sfotografowałem. tej dziewczyny znajduje się w albumie "Rolke".

 
 

Na fotografii jest dziewczyna w bieliźnie odbita w lustrze, przed którym stoi figurka Matki Boskiej. Można powiedzieć, że zdjęcie jest kontrowersyjne.

- Jest trochę szokujące. Wydaje mi się, że może urazić czyjeś uczucia religijne.

 
 

Dlatego tyle lat czekał pan z pokazaniem go światu?

- Ja w ogóle jako pierwszy w Polsce wszedłem do Muzeum Narodowego z nagością. Zapytałem wicedyrektora, czy mogę przeprowadzić tam sesję, a on się zgodził.

 
 

Wiedział, że kobiety na tych zdjęciach będą rozebrane?

- Nie pytał o to.

 
 

Musiał pan czasami namawiać dziewczyny do tego, żeby się rozebrały?

- Pytałem o zgodę. Jak kobieta nie wyraziła zgody, to rezygnowałem. Nie było negocjacji.

 
 

Mówi się o fotografach, którzy obiecują modelkom kariery, a chcą je wykorzystać.

- Nie miałem takich przygód. Ale jeden z moich kolegów odkrył Polę Raksę. Zaraz, żebym nie skłamał... Którąś ze znanych modelek lat 60.

 
 

Też do niej tak po prostu podszedł?

- Zobaczył ją w kinie w kolejce do kasy.

 
 

To chyba nie była Pola Raksa. Młodą aktorkę wypatrzył reporter w barze mlecznym.

- Mówiłem wcześniej, że to mogła być inna modelka. W każdym razie poprosił ją o pozowanie do zdjęć. Potem te zdjęcia zobaczył jakiś reżyser i zaczęła robić karierę. To był taki klasyczny przykład.

 
 

Wiązał się pan ze swoimi modelkami?

- Miałem dziewczynę, która była modelką.

 
 

Tylko jedną?

- Jedną. Jest w albumie z pieskiem na smyczy w płaszczu Barbary Hoff.

 
 

A kim była Beatrycze?

- Prawdziwa Beatrycze czy kobieta, która odegrała Beatrycze?

 
 

Kobieta ze zdjęć.

- Była moją znajomą. Odegrała rolę osoby, z którą się rozstałem. W ten sposób odreagowałem jej bolesne odejście.

 
 

Dla kogo zrobił pan te zdjęcia? Dla siebie, czy dla tej kobiety, z która się pan rozstał?

- Natychmiast je wystawiłem. Co prawda, w bardzo niewielkim gronie, bo to była prywatna galeria Andrzeja i Emilii Dłużniewskich. Jedyna tego typu w Polsce galeria działająca w prywatnym mieszkaniu, powiedzmy sobie - nielegalnie.

 
 

 

 
 

Myślał pan, że po zobaczeniu tych zdjęć, wróci?

- Nie. Psychologowie i psychiatrzy twierdzą, że jak boli, trzeba to uzewnętrznić. Trzeba mówić, pisać, rysować, fotografować. Tak chciałem odreagować.

 
 

I co? Pomogło?

- Pomogło.

 
 

Wiedziała o tej wystawie?

- Poinformowałem ją o tym. Przyszła na wystawę. I powiedziała: "Zobaczyłam siebie".

 
 

W 1970 roku wyjechał pan do RFN. Istnieje stereotyp, że Niemki są brzydkie. Zdjęcie w albumie "Rolke" ten stereotyp potwierdza.

- Ale to nie są modelki. To publiczność "Fischmarktu".

 
 

Co to jest "Fischmarkt"?

- Targ rybny w Hamburgu. Odbywa się w niedzielę rano, więc pojawiają się tam ludzie, którzy całą noc imprezowali. Tam się lud bawi. Wszystko jest bardzo tanie. Skrzynka pomarańczy kosztuje tyle, ile kilogram pomarańczy w sklepie. Ogromna roślina kosztuje jedną trzecią tego, co w kwiaciarni. To jest świat niemieckiej klasy średniej. Tam się przychodzi po to, żeby wypić piwo (na kaca) i ewentualnie zjeść świeżą rybę. Kobiety na zdjęciu nie zwracały na mnie uwagi. Prawdopodobnie nawet nie zauważyły, kiedy je fotografowałem.

 
 

Ale chodzi właśnie o zwykłe kobiety z ulicy, nie modelki. W dalszym ciągu nie odpowiedział pan na pytanie, czy Polki są ładniejsze od Niemek.

- W tym albumie są ładniejsze. Ale kiedy mieszkałem w Hamburgu, to dopóki zawodowo nie zająłem się modą, nie miałem do czynienia z modelkami.

 
 

Ale chodził pan na ulicy, bywał na imprezach...

- W Hamburgu nie zaczepiałem kobiet na ulicy.

 
 

Dlaczego? Nie było kogo?

- Krępowałbym się. To były czasy zupełnie innej obyczajowości niż w Polsce. Czasy niesłychanego rozkwitu tego, co my nazywamy feminizmem. Nie było żadnego trendu na to, żeby się malować, żeby podkreślać urodę swoich piersi czy nóg. Dziewczyny chodziły w rozciągniętych swetrach. Miały niekoniecznie czyste paznokcie i zajmowały się teorią maoistyczną. I wszyscy palili haszysz. I był wolny seks. To tam dowiedziałem się, co to jest pigułka antykoncepcyjna Anty-Baby-Pille. Seks stał się taką koleżeńską funkcją. W Hamburgu zrozumiałem, co to jest demokracja.

 
 

Wspominał pan o paleniu haszyszu. Próbował pan?

- Oczywiście.

 
 

Robił pan też reportaż o narkomanach.

- Tak. Fotografowałem ludzi, którzy zebrali się razem w celu odwyku. Mieli ogromny dom na wsi, wynajęty od jakiegoś rolnika. Na Zachodzie działały wtedy organizacje pozarządowe, które zajmowały się ludźmi uzależnionymi. I oni żyli sobie w takiej komunie z dziećmi, muzyką. Sami się pilnowali, nikt nad nimi nie stał i nie pilnował. Czasami przyjeżdżali psycholodzy.

Nie jestem apologetą powstania. Uważam, że to był koszmarny błądTadeusz Rolke

 

 
 

W Niemczech poznał pan żonę.

- Poznaliśmy się na imprezie. Była lewicującą - na szczęście umiarkowanie - córką pastora. Pracowała jako fotoedytor w redakcji niedaleko mojego miejsca pracy.

 
 

Lepiej się fotografuje miłe czy straszne rzeczy?

- Jestem tzw. estetą i to widać po moich fotografiach. Fotografuję także resztki kultury żydowskiej - budynki i synagogi. Fotografuję mnóstwo ruin. Brzydota też ma swoją estetykę. Destrukty często są bardziej fotogeniczne niż konstrukty. Bieda jest bardziej fotogeniczna niż bogactwo. Dzieci umazane błotem, siedzące w kałuży na szarej ulicy są bardziej fotogeniczne niż "wylizane" dzieci w luksusowym przedszkolu.

 
 

Pierwsze zdjęcie zrobił pan w czasie wojny jako młody chłopiec. Co pan wtedy czuł?

- Miałem 14 lat, jak kupiłem kodak baby box za swoje pieniądze od kolegi. Postanowiłem, że muszę mieć aparat. Sfotografowałem gosposię i jej koleżankę. Zrobiłem zdjęcia naszego domu. Kiedy go zburzyli w czasie wojny, sfotografowałem ruinę po nim. Fotografowałem ją dopóki nie zniknęła zupełnie.

 
 

Kiedy wybuchło powstanie, działał pan w szarych szeregach. Powstanie było potrzebne?

- Nie jestem apologetą powstania. Uważam, że to był koszmarny błąd.

 
 

Miasto zostało zniszczone. Ponad 80 proc. budynków zmieniło się w ruiny.

- Warszawa była nieprawdopodobnie zrujnowana. To była też taka moja pretensja do tych, co wydali rozkaz.

 
 

A co pan myśli o współczesnej Warszawie? O architekturze?

- Miasto jest pełne zamętu, brakuje mu charakteru. Przestrzeń jest chaotyczna. Jest dużo architektury niedobrej albo bardzo średniej. A bardzo mało - dobrej. Nie jest to miasto, które bym zachwalał, namawiał do jego zobaczenia. Ale słyszałem, że młodym cudzoziemcom podoba się w Warszawie.

 
 

Należy pan do przeciwników Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie.

- Nie lubię tej budowli.

 
 

Ale zdjęcia pan robił.

- Musiałem go fotografować. Pracowałem w tygodniku o Warszawie "Stolica", więc zdarzał się i pałac. Ale to była straszliwa pieczęć stalinizmu nad miastem. Żeby go wybudować, zniszczono mnóstwo domów, które były w dobrym stanie w tamtej części Śródmieścia. Setki mieszkań poszło pod kilof. I to w mieście, gdzie na izbę mieszkało kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt osób. Ja zamieszkiwałem z ponad dwudziestoma osobami czteropokojowe mieszkanie z jedną toaletą. A w tym samym czasie burzyło się dziesiątki domów, tylko po to, żeby pan Stalin mógł królować optycznie nad miastem.

 
 

Co się panu jeszcze nie podoba w Warszawie, który z budynków by pan zmienił, odnowił?

- Jest taki straszliwy budynek na Placu Zamkowym, po lewej stronie ulicy, jak się idzie w stronę Związku Polskich Artystów Fotografików. Natychmiast bym go rozebrał. Rażąca brzydota jest też na Placu Teatralnym. Po prawej stronie znajduje się dom, postawiony w latach 60. Straszliwie razi w stosunku do architektury naokoło.

 
 

A co pan myśli o kolorowych blokach na Chomiczówce na przykład?

- Za te same pieniądze można było wybudować coś ładniejszego. Kolor ma troszeczkę złagodzić brzydotę. Natomiast nie uznaje tłumaczenia, że było to tanie, więc musi być brzydkie. Za te same pieniądze można zrobić cos ładniejszego. Zresztą, Polska jest zaśmiecona prywatnymi domami, które ludzie sami sobie budują. A one mogłyby być ładne. Polska ma straszliwie brzydkie budownictwo. Najbrzydsze, powiedziałabym, spośród sąsiadów. Nie byłem na Białorusi. Ale w Czechach, na Słowacji, na Węgrzech jest dużo ładniej.

 
 

Chce pan powiedzieć, że Polacy nie mają gustu?

- Polacy mają fatalny gust. Niech pani spojrzy na polskie kościoły. Przecież to jest katastrofa. Absolutna katastrofa!

 
 

A jedna z najdroższych inwestycji sakralnych na świecie - Świątynia Opatrzności Bożej w Warszawie?

- Straszna bryła, odrażająca. Gust pana Glempa... nie daj Boże nikomu. Zaśmiecił całą dzielnicę, która też nie jest zbyt piękna. Tak to jest dać władzę ludziom niekompetentnym. Zemści się to potem na wizualizacji miasta.

Dla mnie nie ma uprzywilejowanych narodów. W ogóle pojęcie narodu jest bardzo przeterminowaneTadeusz Rolke

 

 
 

W czasie pobytu w więzieniu, w latach 50., nie miał pan aparatu. Gdyby go pan miał, co by pan sfotografował?

- Moich kolegów z celi, spacer na dziedzińcu. Życie więźnia bym sfotografował.

 
 

A jakie to życie było?

- Ponure. Siedziałem w trzech więzieniach. W Warszawie, gdzie razem ze mną w celi mieszkało siedem osób. Potem w Barczewie - tam nas było sześciu, ale pomieszczenia były mniejsze. W tym więzieniu czekał na wyrok śmierci zbrodniarz wojenny Erich Koch. W Iławie natomiast sale były duże. W jednej przebywało kilkanaście osób.

 
 

Co jest najgorsze w pobycie w więzieniu?

- Samo zamknięcie. Ale potem są inne rzeczy. Przede wszystkim straszliwy smród. Tym się właśnie różnią więzienia między sobą. W Iławie nie czuło się fetoru, bo nie było tzw. kibla w celi. Toalety były na zewnątrz. A w tradycyjnym więzieniu - starym, nękającym - jest ten straszny smród. Nigdy go nie zapomnę. Przytłaczający jest też brak intymności, zawsze ktoś znajduje się obok.

 
 

Na jakich więźniów pan trafił?

- To był przekrój społeczeństwa: od inteligencji do żołnierza, który strzelał po pijanemu. Byli też więźniowe polityczni.

 
 

Za co trafił pan do więzienia?

- Za "działalność antypaństwową". Przypadkiem poznałem Władysława Jaworskiego, który robił spotkania dyskusyjne na KUL-u. Szybko się z zebrań wypisałem, bo "przynudzali" o ekonomii. Niestety, jeden z referatów, które odczytywał Władysław, nie spodobał się władzom. Każdego, kto miał z nim styczność, uważano za członka nielegalnej organizacji. Dostałem siedem lat więzienia. Rok czekałem na proces, potem rok przesiedziałem. Ocaliła mnie śmierć Stalina, po której w ramach amnestii wypuszczano wielu więźniów politycznych.

 
 

Po latach wrócił pan do więzienia przy Ratuszowej.

- Tak. Moje warszawskie więzienie fotografowałem już jako dziennikarz pisma "Stolica". W tym czasie było to już więzienie dla kobiet. Za wiele się tam nie zmieniło. Te same odrapane ściany, to samo wyposażenie.

 
 

Jak się wraca po latach do takiego miejsca?

- Targała mną ciekawość. Udało mi się nawet zajrzeć do mojej celi.

 
 

PRL pan nie wspomina najlepiej. Po co pan wrócił do Polski w czasie stanu wojennego?

- Dla dwóch kobiet wróciłem. Dla mojej mamy i dla kobiety, w której byłem zakochany.

 
 

Ale zdjęć podczas strajków sierpniowych pan nie robił?

- Nie. Jakoś mnie to nie kręciło.

 
 

Nie żałował pan później?

- Nie. Podczas strajków sierpniowych przyjechałem do Polski z pewną kobietą. I tylko dochodziły mnie echa tego, co tam się dzieje.

 
 

Czyli kobieta zawróciła panu w głowie?

- Nawet nie. Po prostu chciałem mieć fajne wakacje, a nie przebywać znowu w tłumie ludzi.

 
 

Przyglądał się pan Polsce przez kilka dekad. Co pan myśli o niej dzisiaj?

- Parę lat temu miałem wystawę pt. "Jutro będzie lepiej"; w galerii przy Widok 8. Znajdowały się na niej moje zdjęcia z lat 1989-1992. Był to czas przemian, w którym współistniały dwa porządki: stara kultura PRL i nowe, otwierające szanse życie. Na wystawie było bardzo dużo ludzi. Nie przypuszczałem nawet, że wzbudzi aż takie zainteresowanie. Okazuje się, że ten moment przełomu był ważny dla wielu Polaków.

 
 

Jest pan zadowolony z kraju, w którym żyje?

- Nie uważam, by Polacy byli najmądrzejszym narodem na świecie. Daleki jestem od tego mniemania. Zresztą nie jestem patriotą. Absolutnie nie! Jestem wobec Polski krytyczny tak samo, jak wobec innych społeczeństw i narodów. Dla mnie nie ma uprzywilejowanych narodów. W ogóle pojęcie narodu jest bardzo przeterminowane.

 
 

Jest pan krytyczny wobec całego narodu czy polityków, którzy nas reprezentują?

- Dla mnie nadużywanie słowa "naród" jest nie do zniesienia! Jest to mentalność sięgająca jeszcze XIX wieku. A już wiek XX tak skompromitował pojęcie "narodu" i przynależności do niego - czego byliśmy przecież świadkami - że stało się to dla mnie całkowicie obce.

 
 

Nie czuje się pan Polakiem? A kim?

- Jestem Europejczykiem.

 
 

Fala uchodźców, z którą w ostatnim czasie mamy do czynienia, na pewno zmieni Europę. Także Polskę. To dobrze czy źle?

- Dobrze by było, żeby polski naród troszkę się ucywilizował. Ta straszliwa konserwa, ci ludzie, których obchodzi tylko własna rodzina i własna uliczka. I nic więcej. Nie czytają gazet ani książek, tylko gapią się w telewizor. Ogłupieni są serialami. I boją się wszystkiego, co jest obce. To jest ta swojskość. Podział na "swoi" i "obcy". Straszna prowincja! Gomułka musi się w grobie bardzo cieszyć. Bo osiągnął swój ideał, ideał państwa komunistycznego, a właściwie ideał hitlerowski. "Ein Volk, ein Reich, ein Führer", czyli "jeden naród, jeden kraj, jeden przywódca". I to się mści do dzisiaj na tym koszmarnie nieruchliwym społeczeństwie. Niemyślący, leniwy tłum ludzi , patrzący tylko w ten kotlet schabowy, który jest najlepszy na świecie.

 
 

Należy pan do tej małej grupy Polaków, która nie ma nic przeciwko uchodźcom. Nie podziela pan obaw naszego społeczeństwa?

- Niech przyjeżdżają. Oczywiście, trzeba ich selekcjonować, bo wśród nich są też pewnie wysłannicy Państwa Islamskiego. Ale myślę, że nasze służby sobie z tym świetnie poradzą.

Rozmawiała Ewa Koszowska, Wirtualna Polska

 

http://wiadomosci.wp.pl/kat,50352,title,Tadeusz-Rolke-o-Polakach-boja-sie-wszystkiego-co-jest-obce,wid,17903756,wiadomosc.html?ticaid=115e34

+

Katarzyna Miłkowska, Portal: www.natemat.pl 05-11-2015 11:26

Tadeusz Rolke, urodzony w 1929 roku. Ma na swoim koncie 60 lat doświadczenia i 100 tysięcy zdjęć. Jest niekwestionowanym autorytetem polskiego fotoreportażu. Fotografował podczas Powstania Warszawskiego, uwiecznił też wiec Gomułki. Jednak w ciągu całej kariery to kobiety były jedną z jego największych inspiracji. Jego najnowszy album trafia do naszych rąk. Kobiety, sztuka, moment.


Czy ma Pan tremę?

Dostęp do 95 kanałów TV za 19 zł miesięcznie. Czy chcesz poznać ofertę?

Tak, jestem zainteresowany.

Nie, dziękuję.


Tadeusz Rolke: Właściwie nie.

A miewał Pan tremę przed pokazywaniem swoich zdjęć światu?

Tak, miewam. Zawsze pojawia się jakaś trema, kiedy jest otwarcie na wiele oczu, komentarzy, interpretacji. Jednak w tym wypadku mam uczucie, że to jest coś, co się udało. Mam jakieś uczucie, że jest to dobra, ciekawa książka.

Wiem, że to jest bardzo szerokie pytanie, ale czym jest dla pana fotografia? Czy to jest bardziej przedstawienie tego, jaki świat jest, czy tego, jak chcielibyśmy świat widzieć?

Dla mnie fotografia jest to przede wszystkim zawód. Może być zawodem, a następnie może być twórczością artystyczną.

W takiej kolejności?

Nie, to odbywa się równolegle. Wprowadziłem kiedyś taki podział dla moich studentów, a właściwie dla siebie – mówiłem nieraz o fotografii potrzebnej i niepotrzebnej. Jeśli fotograf ma zlecenie na wykonanie zdjęć, cokolwiek by to było, czy to jest fotografia mody, czy to jest fotografia butelek piwa, to jest fotografia potrzebna. A to co robi dla siebie, jest nikomu niepotrzebne. Tylko jemu. I wśród tej fotografii niepotrzebnej, jest najwięcej fotografii kreatywnej i twórczej.

 

No i chyba te role się wtedy odwracają. Ta niepotrzebna staje się bardziej potrzebna.

Jak patrzę na moje archiwum, to widzę tam bardzo dużo fotografii niepotrzebnych. Kilka lat temu miałem wystawę w Krakowie. Składała się z 21 zdjęć. Były tam 4 zdjęcia, które powstały na skutek jakiejś interwencji z zewnątrz. 17 było nikomu niepotrzebnych oprócz mnie.

Wielu artystów mówi podobnie, że sztuka jest przede wszystkim potrzebna właśnie im. Później okazuje się, że odbiorcy przejmują tę potrzebę. I ta potrzeba staje się ich potrzebą.

I bardzo dobrze. Życzę sobie, żeby było coraz więcej odbiorców, dla których te dzieła niepotrzebne staną się potrzebne.

Wspomniał pan też o swoich studentach. Czy widzi pan teraz wśród młodych ludzi, jakieś różnice w podejściu do fotografii? Coś się zmienia, czy może jest to ponadczasowe medium?

Jest to medium, które istnieje i które będzie istniało. Również ta część fotografii analogowej jest wciąż uprawiana, jest pielęgnowana w szkołach fotograficznych. Jest pewna, całkiem spora nisza, która wraca do fotografii analogowej. Kupują stary sprzęt, robią duży format, wywołują filmy i pracują pod powiększalnikiem. Ta nisza jest na tyle duża, że dla niej warto produkować materiały.

A Pan jak pracuje?

Ja najchętniej pracuję analogiem. Mam aparat cyfrowy, który służy mi bardziej jako notatnik. Do pewnych dokumentacji. W albumie są chyba trzy zdjęcia zrobione cyfrowo. Właściwie jest to album analogowy. I rzeczy, które robiłem w ciągu ostatniego roku, już pod kątem albumu, też są robione analogowo.

No właśnie, jest sporo zdjęć w albumie z zeszłoroczną datą.

Tak, kiedy już wiedziałem, że jest wydawca, zacząłem myśleć o kształcie albumu. O późniejszych rozdziałach. Kiedy wymyśliłem cykl, który nazywa się „Sztuczki”, to już świadomie skonfrontowałem kobietę z dziełami sztuki.

Dlaczego akurat taki wybór?

Dlatego, że ja się dobrze czuję w muzeum i w galerii. Widzę tam moje kompozycje, na których z dziełem sztuki konfrontuje się postać kobiety. Jej portret, albo akt. Ja się dobrze czuję w takim towarzystwie. Obcując z dziełami sztuki.

Rozumiem to bardzo szeroko, również jako kobiety?

Jeśli powiemy sobie, że człowiek jest dziełem sztuki, to tak. Natomiast ten człowiek produkuje bardzo ciekawe przedmioty, które nazywamy dziełami sztuki właśnie i które przeżywamy każdy po swojemu. Połączenie tego dzieła natury z dziełem człowieka uważam za pewną syntetyczną akcję. To połączenie daje dużo możliwości. Jest kontrastem albo współdziałaniem, albo jest kontrowersją, albo jest zgodne, albo może budzić sprzeciw. Właśnie dlatego należy to robić z pomocą aparatu.

A zdjęcia reportażowe, bo jest to jednak jeden z głównych nurtów w Pana sztuce. Fotografowanie codziennych zdarzeń, małych i dużych.

Tutaj wracamy do klasycznej prawdy – fotografii momentu, która dalej jest aktualna.

I chyba nigdy nie przestanie.

Ten moment się wcale nie skończył. Natomiast parę dni temu przeczytałem o sobie bardzo dziwną rzecz. Autor użył określenia: „fotografia monumentu”, zamiast „fotografia momentu”.

Ciekawa pomyłka.

Bardzo się dziwiłem, że nikt nie zwrócił uwagi na tak podstawową sprzeczność, którą tam popełniono. Ten moment dalej jest i będzie ważny. On się wiąże z tym ułamkiem sekundy, który towarzyszy fotografii odkąd technika pozwoliła zredukować czas naświetlania do takiego, który pozwala uchwycić ruch człowieka i zatrzymać go. To pozostaje cały czas jednym z kryteriów sztuki fotografii.

 

To jest dla mnie bardzo ciekawe. Zdjęcia, które pokazują ruch są tym ruchem faktycznie, czy może jest to jednak zatrzymanie? Nie umiem tego uchwycić do końca.

To jest wyciągniecie wniosków z tego ruchu.

A jeśli weźmiemy pod uwagę współczesne możliwości technologiczne? Każdy ma aparat w telefonie.

Te możliwości się szalenie polepszyły i każdy ma teraz szansę zrobić fotografię decydującego momentu.

Czy robiąc zdjęcie telefonem, mamy szansę zrobić coś, co będzie nazwane sztuką?

Tak, oczywiście. W ciągu XX wieku nastąpił olbrzymi postęp, kiedy właśnie skrócono czas naświetlania, żeby ten moment można było uchwycić. Wprowadzono też automatykę naświetlania. Fotograf nie musiał nastawiać parametrów zdjęcia. Do tego jeszcze dostaliśmy w prezencie od technologii dystans, odległość, czyli focusing. Fotografom pozostało tylko wyszukanie momentu i odczekanie momentu, albo zdolność, szybkość reakcji. Wszystkie inne trudności nam zabrano. Trzeba po prostu tylko nacisnąć.

Wyczekuje pan tego momentu, planuje Pan ten konkretny moment?

Moje aparaty analogowe nie są pełnymi automatami. Przed zrobieniem zdjęcia muszę wykonać pewne konkretne czynności, żeby było ono technicznie poprawne.

Wracając do początków pana fotografowania, pan się sam uczył?

Uczyłem się sam. W moim pierwszym aparacie nie było nic do nastawiania. On był taki, jak mówiło się później w latach 70-tych „idiotenkamera”. Więc to był taki bardzo wczesny „idiotenkamera”. To był „babybox”, aparat dla dzieci. Tam tylko wystarczyło nacisnąć spust migawki.

Teraz radzi Pan swoim studentom, żeby bardziej zająć się kształceniem techniki?

Techniki uczą inni wykładowcy. My mówiliśmy o tych podstawowych sprawach, jak ten obraz ma powstać.

A spojrzenie młodych fotografów jest teraz w jakiś sposób inne?

To spojrzenie na człowieka u poważnego fotografa jest podobne. Pojawia się jednak sprawa obróbki. Wprowadzenie Photoshopa – jest to absolutna rewolucja, która chwilami poszła w bardzo złą stronę. Photoshop w fotografii portretowania kobiet, a szczególnie celebrytek, poszedł w fałszerstwo. Chwilami nie oglądamy pani Kowalskiej, o którą nam chodzi i o której czytamy tekst, tylko oglądamy jakiś manekin zrobiony w Photoshopie, który może ewentualnie przypominać panią Kowalską. Tutaj doszło do kompletnego nonsensu i zaprzeczenia zasad fotografii.

Jeżeli zakładamy, że ma ona pokazywać rzeczywistość, to chyba faktycznie tak nie jest. Jak ogląda pan komercyjne zdjęcia i widzi chociażby rozkładówki gazet, to myśli pan sobie: „nie, to zdjęcie nie jest dobre”?

Jest kilka magazynów, które publikują fotografie autentyczną, ciekawą. Natomiast są pisemka, które są kolekcją schematów o ludzkiej twarzy. Starszy człowiek ma wyretuszowane zmarszczki, obcina się figurze zarys brzucha. Robi się masowe fałszerstwo. Zaśmieca się te pisma.

Ale ludzie w to wchodzą.

Bo ludziom trzeba podać kaszkę mannę, która jest dobrze posłodzona.

 

No dobrze, a weźmy pod uwagę te wszystkie filtry, które pojawiają się w telefonach. Robimy zdjęcia chociażby z wakacji i zaraz wrzucamy jakiś filtr, na przykład podrasowanie kolorów. To też jest fałszerstwo?

To są prywatne telefony i prywatne filtrowania. To nikomu nie szkodzi, to służy wyłącznie temu, kto to filtruje i tym paru osobom, które to oglądają. Natomiast szkodliwe jest zaśmiecanie pism fałszerstwem i to już nie są fotografie, a „photoshopografie” – nie umiem nawet tego nazwać. Jakaś nowa jakość, jakiś nowy przedmiot się znalazł.

Wracając do internetu i niesamowitej liczby naszych fotografii, które się tam pojawiają. Kreujemy swój wizerunek na portalach społecznościowych, przez to jakie wrzucamy zdjęcia. Czy to fałszerstwo z gazet nie przeszło na nas samych? Zastanawiam się po prostu, czy my nie robimy tego samego na Facebooku, oczywiście na miarę naszych możliwości technologicznych.

Myślę, że wiele osób bardzo pracuje nad tym, aby te zdjęcia były w pewnym sensie wymyślone. Znam osoby, które bardzo chętnie co parę dni wstawiają swoje zdjęcia na Facebooku. Myślę, że w ten sposób to jest degrengolada tych zdjęć. Ich jest coraz więcej, coraz częściej i to zdjęcie trwa trzy dni. Spojrzy się na nie raz i koniec. Te zdjęcia tracą wartość.

Czyli radziłby Pan osobom, które chcą robić zdjęcia bardziej „na poważnie”, robić ich mniej, ale konkretne?

Oczywiście. Dużo mniej. Pewnym sprawdzianem jest zdjęcie, które ukazuje się na papierze. To zdjęcie można odczekać, jak ono zadziała. Nieraz jak mamy jakieś ważne decyzje wizualne, to mówimy: „odczekajmy to, prześpijmy to, zobaczymy to jutro”. Odłóżmy je na kilka dni, albo skonfrontujmy je z poprzednimi, żeby to zdjęcie miało jakąś wartość, poza tą jedną chwilą kiedy pani Ania wrzuci je na Facebooka. Bo co z tego? Jeśli już ktoś ma taką niezwykła miłość do samego siebie, niech sobie zrobi na przykład wystawę własnych fotografii. Narcystyczną wystawę autoportretów. I niech zaprosi znajomych, żeby przynajmniej było o czym porozmawiać.

 

Ale Facebook jest trochę taką wystawą.

Tak, tylko, że to jest bardzo wszystko szybko. Jest to ulotne i ucieka. Nikt tego nie pamięta za trzy dni, bo jest szalony natłok informacji.

Tak jak współczesne media. Żyje się chwilą.

Jesteśmy przeładowani informacją tak, że chwilami ich liczba nas ogłupia. Nie będziemy mądrzejsi, tylko będziemy głupsi, nie umiejąc zrobić selekcji, co jest dla nas ważne.

Skupiając się na fotografii, czy jesteśmy w stanie w tym szumie informacyjnym wyłowić coś, co jest wartościowe? Album książkowy jest w tym kontekście zdecydowanie formą selekcji, tego co powinniśmy zobaczyć.

Moim językiem jest fotografia i album jest tego przykładem. Ja to, co chciałem powiedzieć, powiedziałem. Są dziedziny fotografii, których w tym albumie nie ma, nie wyczerpuje on całej mojej twórczości. Tutaj koncentruje się na kobietach i na sztukach wizualnych. Pokazuję też pewne migawki, które zauważyłem w ciągu ostatnich 50 lat z ulicy, albo z galerii, albo ze sklepu. Jest tam kawałek reportażu. Opowiadam o swoim życiu za pomocą zdjęć reporterskich, albo opowiadam za pomocą zdjęć, które sobie wyreżyserowałem i w ten sposób przechodzimy przez moją twórczość.

Myślę, że album trafia do bardzo szerokiej grupy odbiorców. Chociażby to połączenie zdjęć – przeszłość, teraźniejszość. Czy myślał Pan o tym, że chce trafić do jakiejś konkretnej grupy, czy właśnie do szerokiego grona? A może artysta nie myśli w takich kategoriach?

Kto kupuje albumy, to jest pierwsze pytanie. Ktoś mi niedawno powiedział, że częstotliwość kupowania książek w Polsce, a we Francji jest jak 1:20. Czyli patrząc na nasze społeczeństwo, siłą rzeczy mamy tu do czynienia z pewną elitą.

Ale może jest tak, że rozwój internetu wpływa na to, że ludzie mają częstsze i większe szanse, aby się ze sztuką spotkać? Może tych możliwości nie zauważają statystyki?

Ale internet nie zastępuje książki, niezależnie od tego czy jest to album, czy książka tekstowa. Na pewno internet stał się środkiem informacji nr 1. Szkoda tylko, że czytelnictwo książek tak bardzo spadło, bo jest czymś zupełnie innym.

 

Niektóre dane mówią, że w Polsce mamy czytelnictwo na poziomie 1,5 proc. Pytanie dlaczego i czy można coś z tym zrobić.

No to róbmy książki dla 1,5 proc. Czy mamy przestać w ogóle i zamknąć wydawnictwa, które zajmują się tworzeniem książek?

A jak Pan sądzi, czego ludzie oczekują od albumu ze zdjęciami? Co ma im on dać?

Ja bym chciał o to panią zapytać. Czym jest w ogóle obcowanie ze sztuką? Są ludzie, którzy w ogóle się nią nie zajmują. Nie są konsumentami dzieł sztuki. Im to jest niepotrzebne, pomimo że mają wszystkie inne dobra. Mówię tutaj o ludziach, których stać jest na obcowanie ze sztuką, ale tego nie robią, bo nie mają tej wewnętrznej potrzeby. Jest też druga grupa. Tych, którzy chcieliby konsumować dobra sztuki, ale ich na to nie stać. Czyli – nie kupuję książki, bo jest za droga.

A czy czeka Pan na jakiś odzew od odbiorców?

On przychodzi sam.

Czyli po wydaniu albumu, nie ma Pan takiego momentu: „O, to teraz się zacznie”?

Już mam pewne sygnały.

I jakie one są?

Są pozytywne.

Z tego co obserwowałam ludzie czekali na ten album.

Tak, środowisko wiedziało, że przygotowuję album, więc skala zainteresowań i oczekiwań się podniosła. I temperatura tych oczekiwań też. Bardzo chętnie bym usłyszał, jakieś głosy krytyczne, co się w tym albumie nie podoba.

Ale czy komuś wypada mówić Panu krytyczne słowa?

Oczywiście. Szczególnie moim kolegom fotografom, którzy mogą znaleźć jakieś dziury, jakieś niedostatki. Czegoś może być za dużo, a czegoś może być za mało. Nie wiem. Zobaczymy. Liczę na te głosy.

 

http://natemat.pl/156861,nestor-polskiej-fotografii-tadeusz-rolke-dla-natemat-zdjecie-zrobione-telefonem-tez-moze-byc-sztuka

+

Portal: www.wawalove.pl 07-10-2015 15:44

Album „Rolke” ujmuje dotychczasowy dorobek artysty na prawie 200 fotografiach.

60 lat doświadczenia, 100 tysięcy zdjęć i niekwestionowany tytuł nestora polskiego fotoreportażu. Fotograf od pierwszego naciśnięcia spustu migawki w trakcie powstania warszawskiego, przez uwiecznienie historycznego wiecu Gomułki po dziś wykonywane zdjęcia jest wierny fotografii momentu. Jego zdjęcia to przede wszystkim wyjątkowe świadectwo zmian historycznych i społecznych, które dokonały się na przestrzeni kilku dekad.

Fotografie ukazują życie PRL, odbudowę Warszawy i pozwalają wniknąć w głąb ówczesnych środowisk twórczych, m.in. skupionych wokół galerii Krzywe Koło oraz Foksal. Zestawione ze współczesnymi zdjęciami reportażysty ukazują ciągłość niektórych sytuacji i tematów. Artysta współpracował z najważniejszymi polskimi i niemieckimi pismami, takimi jak: „Świat Młodych”, „Świat”, „Stolica”, „Polska”, „Ty i Ja”, „Przekrój”, „Stern”, „Spiegel” „Die Zeit”.

Na album złożyły się fotografie wybrane z całego życiowego dorobku Tadeusza Rolke według konkretnych kluczy tematycznych. Pojedyncze fotografie wyjęto z cykli i zestawiono w nieoczywiste pary stające się dla czytelników tropem do odnalezienia inspiracji artysty.

 

http://wawalove.pl/Za-darmo-Spotkanie-z-Tadeuszem-Rolke-a20110

+

Portal: www.wyborcza.pl 07-10-2015 15:32

Fotografie kobiet w nowym albumie Tadeusza Rolke

 

Zdjęcia głównie młodych kobiet w różnych sytuacjach, wykonane w kraju i za granicą na przestrzeni 60 lat pracy przez fotografa Tadeusza Rolke, znalazły się w jego nowym albumie pt. "Rolke", którego promocja odbyła się w środę w Warszawie.


Wydawnictwo wstępem opatrzyła Anda Rottenberg. W albumie znalazło się prawie 200 czarno-białych i kolorowych fotografii ukazujących w przeważającej mierze kobiety, głównie młode, w różnych sytuacjach życiowych - podczas codziennych obowiązków, spaceru z psem czy na spotkaniu z ukochanym. Wiele ze zdjęć, pozowanych, powstało w różnych wnętrzach. Ich bohaterki często pozują niekompletnie ubrane lub nago. Zdjęcia wykonano w różnych miejscach w Polsce, a także m.in. w Berlinie, Moskwie i Paryżu oraz we Włoszech i Izraelu.

W albumie można zobaczyć również kilka fotografii ze zrobionej na zamówienie sesji wokalistki Maanamu Kory. Sesja powstała w pracowni malarza Edwarda Dwurnika w 1984 r. Inną przedstawioną serią są zdjęcia z cyklu "Beatrycze", wykonane w okresie stanu wojennego. Powstał on po bolesnym rozstaniu fotografa z partnerką.

"Nasz związek był utrzymywany w tajemnicy. Spotykaliśmy się w pewnym mieszkaniu. Po rozstaniu postanowiłem sfotografować historię naszego romansu. Poprosiłem pozującą mi już wcześniej dziewczynę, która nie miała problemu z pozowaniem nago, by wystąpiła w sesji. Ubrałem ją tylko w skarpetki, których moja była partnerka nigdy nie zdejmowała. Zasłoniłem jej też oczy opaską, by była nierozpoznawalna, ponieważ miała symbolizować po prostu kobietę. I tak wykonałem cykl zdjęć opowiadający tę naszą historię" - opowiadał podczas promocji Rolke.

Jak podkreślił, wybór zdjęć do publikacji był bardzo osobisty. "Ten album jest robiony bez kalendarza i bez mapy. Fotografie z lat 50. ubiegłego wieku sąsiadują ze zdjęciami współczesnymi, nie jest więc zachowana żadna chronologia. Ale wydaje mi się, że udało mi się ukazać kawałek swojej duszy, osobowości. Udało mi się otworzyć i powiedzieć - +taki jestem i możecie mnie oglądać+" - podkreślił fotograf.

Tadeusz Rolke, uznawany za legendę polskiej fotografii, urodził się w 1929 r. w Warszawie, a fotografować zaczął w czasie okupacji. Podczas wojny był członkiem Szarych Szeregów, podczas powstania warszawskiego był łącznikiem na Sadybie. Stamtąd Niemcy wywieźli go na roboty. Po wojnie rozpoczął studia na historii sztuki, ale trafił do więzienia jako jedna z wielu ofiar stalinizmu. Po wyjściu na wolność wrócił do robienia zdjęć, wysyłał je na konkursy. Z reguły nie otrzymywał pierwszych nagród, gdyż jego prace pokazywały rzeczywistość w sposób prawdziwy, daleki od standardów socrealizmu.

Jednak w 1958 r. otrzymał dwie drugie nagrody na Ogólnopolskiej Wystawie Fotografii za cykl zdjęć Cyganów w podwarszawskich miejscowościach. Dzięki nagrodzie Rolke został zauważony i zaczął pracę w tygodniku "Stolica", potem w miesięczniku "Polska". Przez blisko dekadę był jednym z najbardziej twórczych polskich fotografów. W 1970 r. wyemigrował i osiadł w Hamburgu, gdzie spędził 10 lat. Tam zrealizował swój najdłuższy cykl fotograficzny o funkcjonowaniu jednego z największych w Europie targowisk pt. "Fischmarkt".

Fotograf powrócił na stałe do Polski w latach 80. Później współpracował z tygodnikami "Wprost" i "Magazynem Gazety Wyborczej". Jest wieloletnim członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików, jurorem wielu konkursów fotograficznych, wykładowcą w Warszawskiej Szkole Fotografii i na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Fotografie Tadeusza Rolkego pokazywano na licznych wystawach w kraju i za granicą oraz publikowano w poświęconych artyście albumach.



http://wyborcza.pl/1,91446,18942136,fotografie-kobiet-w-nowym-albumie-tadeusza-rolke.html

+

Portal: www.wawalove.pl 07-10-2015 15:24

Niezwykły album mistrza warszawskiego
fotoreportażu Tadeusza Rolke

Dorobek artysty został pokazany na ponad 200 fotografiach. Dokumentują one m.in. aktywność warszawskich środowisk twórczych, życie w PRL oraz niepowtarzalne monumenty.

Album wyszedł nakładem Wydawnictwa BOSZ i prezentuje w bogaty sposób osiągnięcia życiowe Tadeusza Rolke. Fotografie stanowią świadectwo historyczne dla wielu społecznych i kulturowych zmian, jakie na przestrzeni ostatnich dekad dokonały się też w Warszawie. Zestawione ze współczesnymi zdjęciami reportażysty ukazują aktualność niektórych tematów oraz sytuacji. Zostały one uszeregowane wedle konkretnych kluczy tematycznych, a odbiorców mają naprowadzić na trop inspiracji artysty. We wstępie Anda Rottenberg pisze: „Autor otwiera przed nami mimochodem rejestr swoich zawodowych umiejętności, mistrzostwo już osiągnięte, lecz nadal niestrudzenie doskonalone”. Mamy dla was kilka zdjęć z tego albumu. Zobaczcie sami.

 

http://wawalove.pl/Niezwykly-album-mistrza-warszawskiego-fotoreportazu-Tadeusza-Rolke-GALERIA-sl20065

+

Maciej Luśtyk, Portal : www.fotopolis.pl 07-10-2015 15:07

„Rolke” - nowy album jednego z najważniejszych polskich fotografów

 

Już dzisiaj oficjalna premiera pierwszego w pełni autorskiego albumu nestora polskiej fotografii, Tadeusza Rolke. Poświęcona kobietom publikacja pod tytułem „Rolke” prezentuje 60-letni dorobek artysty na niemal 200 fotografiach. O książce rozmawiamy z jej autorem.

 

Tadeusz Rolketo jeden z najważniejszych i najdłużej pozostających aktywnymi polskich fotografów. Jego zdjęcia to przede wszystkim wyjątkowe świadectwo zmian historycznych i społecznych, które dokonały się na przestrzeni kilku dekad, ale także zapis fascynacji kobietami, które są ważnym i nieodłącznym elementem twórczości fotografa. Są one zresztą głównym motywem pierwszego w pełni autorskiego albumu w dorobku artysty, który ma dzisiaj oficjalną premierę.

 

Na album „Rolke” składają się fotografie wybrane z całego okresu twórczości autora, poukładane w 5 rozdziałów według kluczy tematycznych. Pojedyncze zdjęcia wyjęto z cykli i zestawiono w bazujące na nieoczywistych podobieństwach pary, które stają się dla czytelników tropem do odnalezienia inspiracji artysty.
 

Pierwszy rozdział książki zatytułowany „Lekkość bytu” nawiązuje do tytułu książki Milana Kundery. Według pisarza pojedyncze życiowe decyzje jako lekkie nie mają mocy sprawczej mogącej zaważyć na całym życiu. Rolke pozbierał właśnie takie utrwalone na fotografiach chwile i ułożył z nich swojego rodzaju dialogi. Zdjęcia z dwóch pierwszych części albumu dotykają spraw zarówno trywialnych jak i poetyckich oraz zupełnie poważnych, podejmując tematy samotności, niepokoju, bliskości i miłości.
 

Kolejny rozdział „Sztuczki” to prace, które są świadectwem udziału Tadeusza Rolke w życiu artystycznym i obrazują jego stosunek do niego. Są to zarówno migawki z prywatnych spotkań, jak i portrety artystów, czy zdjęcia modelek pozujących na tle dzieł sztuki.
 

Trzecią część albumu tworzą zdjęcia pochodzące z dwóch sesji. Pierwsza została zrealizowana na zamówienie Kory Jackowskiej, wokalistki Maanamu w pracowni Edwarda Dwurnika w 1984 roku. Druga, naśladująca tamte stylizacje, została zainicjowana w 2010 roku przez córkę Dwurnika, Polę, która była świadkiem oryginalnej sesji. Ostatnie strony poświęcone cyklowi „Beatrycze” z 1982 roku to też najbardziej intymna część książki, odnosząca się do osobistych przeżyć autora.
 

Otrzymujemy więc kompletny, aczkolwiek specyficzny przegląd dorobku artysty. ”Autor otwiera przed nami mimochodem rejestr swoich zawodowych umiejętności, mistrzostwo już osiągnięte, lecz nadal niestrudzenie doskonalone” - pisze we wstępie autorka tekstów do albumu, Anda Rottenberg.

 

Już niebawem premiera Pańskiego najnowszego albumu. Trzeba dodać, że jest to album wyjątkowy, bo mimo wieloletniej aktywności w świecie fotografii, jest to w zasadzie pana pierwsza autorska publikacja, a zamiast zwykłego przeglądu dorobku otrzymujemy przemyślaną formę, poświęconą kobietom. Czy długo nosił się Pan z zamiarem wydania takiego albumu?

 

Tadeusz Rolke: Gdy wydawnictwo zaproponowało mi stworzenie albumu, od razu wiedziałem, że będzie to silny akcent na kobiety. Już jakiś czas temu pracowałem nad swoim autorskim albumem pod tytułem “Rodzaj żeński”. Tamta publikacja też miała być oparta na dubletach, na parach. Było to zlecenie od jednego wydawnictwa, jednak albumu nigdy nie wydano. Wydawnictwo nie przyjęło tego materiału.

Z jakiegoś konkretnego powodu?

Podobno nie spełnił oczekiwań. Został więc we mnie pewien niedosyt. Co najmniej niedosyt. Od tamtego czasu upłynęło już wiele lat, więc kiedy dostałem propozycję wydania książki od wydawnictwa Bosh, nie wahałem się ani chwili. Z tamtego albumu pozostały co prawda niektóre zdjęcia, jednak ten nowy to właściwie zupełnie świeża kreacja.

Nie jest to jednak pierwsza publikacja poświęcona kobietom, sygnowana Pańskim nazwiskiem. W 2008 roku ukazała się książka “Kobieta to…”

Ja nigdy nie byłem zadowolony z tamtego albumu. Za warstwę tekstową odpowiedzialna była wtedy osoba, której styl zupełnie nie pasował do charakteru moich zdjęć. Rezultat był co najmniej wątpliwy. Wyjątkowo zgodziłem się na tamtą publikację, być może niepotrzebnie. Niemniej jednak do dziś przychodzą do mnie ludzie z tym właśnie albumem, prosząc o autograf. To wyszło tak na “plus minus zero”. Nie uważam jednak tamtego albumu za swoje osiągnięcie. To natomiast zupełnie inna sprawa. To jest moje.

Jak wyglądał proces selekcji zdjęć, które miały trafić do albumu? Wybór zdjęć z kilkudziesięcioletniej kariery to z pewnością niełatwe zadanie. Czy skupiał się Pan na zdjęciach szczególnych, czy chodziło raczej o stworzenie konkretnej narracji?

Wybieranie zdjęć do albumu od początku spętane było jego dwoistością, tym, że strony muszą ze sobą grać. Pokażę Panu przykład. To zdjęcie nigdy nie byłoby samodzielnym dziełem sztuki. Nigdy bym go nie wyciągnął, gdybym robił album “The Best of Rolke”. To, że zdjęcie trafiło do albumu jest zasługą grafika, Andrzeja Bareckiego, który miał duży wkład jego powstawanie. Pokazałem mu to zdjęcie, ale jeszcze bez przekonania, a on momentalnie skojarzył ze sobą to łóżko, materac, pościel i wyszło świetnie. To właśnie przykład pary. Tu działa dialog. Wybieranie tych par to była przyjemność, bo to było jak siedzenie nad jakimiś puzzlami, czy pasjansem. Czasem układając pasjansa trafia się jedna karta, przez którą pasjans nie wychodzi, a nagle okazuje się, że jednak możną ją gdzieś tam włożyć i wszystko układa się w całość. Tak też było w przypadku albumu.

Oczywiście to jak mają wyglądać niektóre rzeczy wiedziałem już z góry, gdy tylko zacząłem segregować zdjęcia. Samo wybieranie zdjęć zajęło kilka miesięcy. W selekcji bardzo pomógł mi wspomniany już wcześniej świetny grafik, a także moja wieloletnia przyjaciółka, Anda Rottenberg, która nie ograniczyła swojego udziału jedynie do napisania tekstu, ale także służyła radą gdy nie byłem czegoś pewny. Dla kogoś z zewnątrz jest nieraz dużo łatwiej zrobić porównanie, bo patrzy na całość świeżym okiem. Fotograf zawsze będzie podchodził do swoich prac subiektywnie. Wobec tego, te dwie osoby mają ogromny udział w powstawaniu albumu.

Książka podzielona jest na 5 części: “Lekkość bytu”, “Dotyk”, “Sztuczki”, “Kora-Pola” i wieńczący publikację, osobisty rozdział “Beatrycze”. Całość tworzy bardzo ciekawą narrację. Czy istnieje Pana osobisty klucz do jej interpretacji?

“Sztuczki” dotyczą dzieł sztuki. Tu jest pewien rodzaj humoru i marginesu. Nie można brać wszystkiego dosłownie. W “Sztuczkach” starałem się pokazać moją miłość do kobiet i sztuki. Świetnie dobrze czuję się gdy znajduję się w otoczeniu dobrej kolekcji sztuki z kobietą. Postanowiłem wprowadzić więc kobiety do dzieł sztuki. Z kolei w rozdziale “Lekkość bytu” znajdziemy maleńki sygnał z mojej fotografii reporterskiej. Jest tu trochę fotografii, którą dzisiaj nazwalibyśmy “street photo”. Ja od tego zacząłem i musiałem to zasygnalizować nawet w książce poświęconej kobietom. Zresztą jak widać ta fotografia streetowa też jest o kobietach. To jest dodane tak przeciwko przesłodzeniu.

Jest też historia miłosna w ostatnim rozdziale. “Beatrycze” to taki esej fotograficzny, który stworzyłem gdy rozstałem się z kobietą i bardzo mnie to dotknęło. W tamtych fotografiach odreagowałem swój ból. Sfotografowałem coś, co skończyło się między mną a tą kobietą. Do zdjęć pozowała moja znajoma, której zakryłem oczy, ponieważ zakrycie oczu przestaje utożsamiać postać z kimś konkretnym. To nie było ani dla kobiety, z którą się rozstałem, ani dla tej, która mi się podobała. Chodziło mi o wszystkie kobiety. Mogła to być każda kobieta świata. I o to mi chodziło. O kompletną anonimowość, ale dla mnie związaną z konkretną osobą.

Nawet jeśli poszczególne rozdziały opowiadają o rzeczach dla nas najważniejszych, o miłości, przyjaźni czy rozczarowaniu, bardzo nie chciałem wszystkiego przesłodzić. Nie chciałem by było zbyt kolorowo. Żeby wyglądało, że wszyscy się tylko kochamy i całujemy po rękach i gdzie indziej, że to wszystko to taka właśnie “lekkość bytu”. Mam nadzieję, że się udało.

Czy oprócz ostatniego rozdziału, znajdują się tu zdjęcia, z którymi wiążą się jakieś szczególne dla Pana historie?

Tak, oczywiście, jest tu wiele takich zdjęć. Na przykład ta kobieta z dzieckiem. To było we Florencji. To dziecko wdrapało się na podmurówkę i zobaczyłem, że bardzo fajnie idzie po tym murku, a matka cały czas je asekuruje. Od pewnego czasu zacząłem zwracać uwagę na takie gesty - matka z dzieckiem, ojciec z dzieckiem, opieka. Zrobiłem może 8, albo 10 klatek i oni mnie zauważyli, a konkretnie mąż tej kobiety. Zaczęliśmy rozmawiać, okazało się, że są z Barcelony. Dali mi swój adres mailowy, a ja potem wysłałem im to zdjęcie. Bardzo się wtedy ucieszyli. Jeśli odnajdę ich mail, poproszę o adres i wyślę im ten album pocztą. Będzie to dopełnienie tamtego zdarzenia.

Album zatytułowany jest po prostu pana nazwiskiem. To znaczące posunięcie, które niejako każe nam odbierać książkę, jako najważniejsze dzieło w Pana dorobku.

Ja mam tak mało wydawnictw, że trudno to w zasadzie klasyfikować. Przy jednym retrospektywnym albumie Galerii Foksal i tamtym nieudanym albumiku, “Rolke” staje się właściwie moją jedyną autorską wypowiedzią. Na szczęście wszystko wyszło bardzo dobrze. Po prostu widzę, że wyszło.

Po tym, co mogliśmy zobaczyć, śmiemy sądzić, że album będzie nie lada wydarzeniem. Czy planuje pan jeszcze jakieś publikacje?

Tak… Coś tam jest jeszcze w planach. Mam pewną propozycję od zagranicznego wydawnictwa, na razie jednak nie mogę zdradzić więcej szczegółów.

 

Tadeusz Rolke - urodzony w 1929 roku polski artysta fotografik, prekursor polskiej fotografii reportażowej. W swojej karierze współpracował z najważniejszymi polskimi i niemieckimi pismami, takimi jak: „Świat Młodych", „Świat", „Stolica", „Polska", „Ty i Ja”, „Przekrój", „Stern", „Spiegel" „Die Zeit". Jego prace były pokazywane na licznych wystawach w kraju i za granicą. Obecnie współpracuje z „Magazynem Gazety Wyborczej" oraz wykłada na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.

 

http://www.fotopolis.pl/n/21368/rolke-nowy-album-jednego-z-najwazniejszych-polskich-fotografow/

aktualności

Anna Szałapak

Z głębokim smutkiem przyjęliśmy informację o śmierci Anny Szałapak, wybitnej artystki krakowskiej, solistki „Piwnicy Pod...

> więcej

Zapowiedzi zobacz wszystkie

„Dzieci w PRL-u” to album zawierający niezwykłej urody fotografie dziecięcego świata w okresie PRL-u. Autor zdjęć –...

> więcej

„Mitologia grecka. Leksykon bestii i potworów” autorstwa Bartłomieja Grzegorza Sali przedstawia ponad siedemdziesiąt...

> więcej

«powrót