Zapomniane słowa z PRL-u

Cena:

44.90 zł

Przeglądaj książkę

DZIAŁ: HISTORIA

  • Liczba stron:

    252

  • Liczba zdjęć:

    60

  • Format:

    160 × 235 mm

  • ISBN:

    978-83-7576-418-5

  • EAN:

    9788375764185

  • Oprawa:

    twarda

  • Numer wydania:

    I

  • Rok wydania:

    2019

  • Język:

    polski

Zapomniane słowa z PRL-u

Franciszek Czekierda  (autor) | Andrzej Barecki  (proj. graf.)

Zapomniane słowa z PRL-u, autorstwa Franciszka Czekierdy, to wyjątkowa publikacja będąca zbiorem haseł powszechnie znanych w komunistycznej Polsce, które z biegiem czasu i ze względu na zmianę rzeczywistości dawno już wyszły z użycia, stając się obecnie dla wielu z nas zupełnie obcymi. Poszczególne pojęcia odnoszą się do konkretnych działów, których dotyczą, takich jak technika, kultura, moda, handel czy sport.

Autor, jako człowiek doskonale pamiętający życie w realiach PRL-u, wyjaśnia każde hasło w sposób obrazowy i „praktyczny”, nierzadko sięgając po związaną z nim ciekawą anegdotę. Dzięki temu ci z nas, którzy wiedzę o poprzednim ustroju czerpali jedynie z lekcji historii, mogą poznać znaczenie takich słów, jak choćby dziegiećmusztardówka czy saturator uliczny, a także dowiedzieć się, czym kiedyś zajmował się cinkciarz



Dziękujemy za dodanie recenzji
+

ArtPapier - Agnieszka Piela 03-10-2019 08:59

Zapewne są wśród nas tacy, którzy w podróż wehikułem czasu z różnych powodów wybraliby się w peerelowską epokę. Jedni chcieliby zaspokoić swoją ciekawość, wszak PRL znają tylko z opowieści bliskich lub lekcji historii, inni natomiast – wrócić do tamtej rzeczywistości, bo żywią do niej sentyment. Niektórym właśnie wtenczas upływało dzieciństwo, wtenczas mijały młodzieńcze czy dojrzałe lata. Niestety w XXI wieku podróżowanie maszyną czasu wciąż jest nierealne, co nie znaczy, że wyprawa do przeszłości okazuje się współcześnie niemożliwa. Otóż w minione realia przenieść może lektura wydanej zupełnie niedawno książki Franciszka Czekierdy „Zapomniane słowa z PRL-u i nie tylko”.

Warto powiedzieć, że nie jest to jedyne dzieło autora. Do tej pory spod jego pióra wyszły: „Myśli pewne i ulotne” (2007), „Kobieta w aforyzmach, przysłowiach i powiedzeniach” (2011) oraz „Cmentarzysko zapomnianych słów” (2013). Najnowsze dokonanie pasjonata polszczyzny, bo Czekierdę kojarzymy głównie z polską kinematografią – nadmienić wypada, że zajmował się on między innymi organizacją produkcji kilku odcinków kultowego serialu „07 zgłoś się” – stanowi poniekąd kontynuację jego ostatniej książki. Pod względem materiałowym charakteryzowana pozycja jest jednak pokaźniejsza, zawiera bowiem kilkadziesiąt haseł więcej w stosunku do wydanej sześć lat wcześniej publikacji.

Tytuł książki ściśle zapowiada, o czym będzie w niej mowa. Najogólniej mówiąc, „Zapomniane słowa z PRL-u…” traktują o archaicznych i anachronicznych formach języka polskiego charakterystycznych dla Peerelu, czyli naszego państwa w latach 1952–1989. Tu dodam, że autor z zamiarem napisania pracy skupiającej zamierzchłe nazwy nosił się od dłuższego czasu, co potwierdzają jego słowa: „Gdy po 1989 roku zamknięty został rozdział Polski Ludowej, pomyślałem, że byłoby dobrze, aby słowa odchodzące w otchłań zapomnienia ująć w formie leksykonu” (s. 7). Okazuje się, że Czekierda od lat 70. ubiegłego stulecia gromadził słownictwo używane nie tylko w Peerelu, ale zbierał też leksykę, zwroty i wyrażenia, którymi posługiwali się jeszcze jego rodzice, np.: basarunek, na ścieżaj, dziegieć czy szaławiła. Stąd w tytule publikacji znalazło się sformułowanie: „i nie tylko”.

Można twierdzić, że dla autora książka ma wartość wspomnieniową. Zresztą o tym, że stanowi ona dla twórcy reminiscencję z przeszłości, świadczą pojawiające się w wielu różnych jej miejscach autobiograficzne zapiski typu: „Raz w życiu słyszałem to słowo od starszej pani, gdy stałem z kolegą Jurkiem w sklepowej kolejce. Przez pół godziny skręcaliśmy się ze śmiechu z powodu jego brzmienia (…)” (s. 13, hasło: Kacabajka), „Marzyłem o bitelsówkach, ale rodziny nie było stać na taki wydatek dla trzech synów” (s. 15, hasło: Obuwie, które zeszło z tego świata), „Bodaj ostatnią w Polsce pelisę nosił mój teść” (s. 17, hasło: Pelisa), „Pod koniec szkoły podstawowej marzyłem o tarczy licealnej, a gdy już zostałem uczniem LO, nie nosiłem jej, ponieważ wszystko, co było przymusowe, kontestowałem, w czym nie byłem odosobniony” (s. 26, hasło: Tarcza szkolna na rękawie), „Moi starsi bracia kupowali polskie i zachodnie nowości właściwie bez ograniczeń, bo były stosunkowo tanie, ja byłem zbyt smarkaty na samodzielne zakupy, ale chętnie słuchałem na przykład Bitelsów (ulubione Love me do), Toma Jonesa (Delilah), czy Cliffa Richarda (Congratulations)” (s. 80, hasło: Pocztówka dźwiękowa), „Po raz pierwszy zetknąłem się z telewizorem w 1958 roku w pegeerowskiej świetlicy” (s. 83, hasło: Telewizor czarno-biały, telewizor lampowy), „Pamiętam, jak w latach 80. na naszych drogach pojawiły się nagle fiaty 125p z kierownicą po prawej stronie. Zrazu nie rozumiałem tego zjawiska (…), dopiero pewien zawodowy kierowca, z którym jechaliśmy takim fiatem, wyjaśnił mi, że Anglicy odrzucili z powodu kiepskiej jakości całą partię żerańskich samochodów przeznaczonych na brytyjski rynek” (s. 139–140, hasło: Odrzuty z eksportu), „Słówko pamiętam z dzieciństwa, gdy ojcu coś nie wychodziło podczas domowych napraw, mówił wtedy: Co za franca” (s. 220, hasło: Franca).

Wyrazy, podobnie jak ludzie, mają swoje życiorysy – też się rodzą, też się starzeją, też umierają. Różne można wskazać przyczyny ich zaniku. Zazwyczaj z języka wychodzą jednostki mające niedzisiejszy charakter, czyli generalnie takie, które nie przystają do nazywania nowej rzeczywistości. Powszechnie przecież wiadomo, że język się zmienia, bo zmienia się otaczający człowieka świat. Przyznać trzeba, że amator polszczyzny ma dobre rozeznanie w tematyce słownictwa nacechowanego chronologicznie. Sam zresztą we wstępie książki wskazał główne czynniki determinujące wygasanie nazw, pisząc: „Niektóre określenia ujęte w tym opracowaniu odeszły z polszczyzny z powodu zaniku desygnatu, jak np.: bikiniarz, dziegieć, dalekopis, wunderteam lekkoatletyczny, kułak, pryszczaci, przednówek, szarwark, cinkciarz czy popiwek; inne natomiast wywietrzały, z powodów bliżej nieznanych (można przypuszczać, że z przyczyn żywotności, elastyczności i dynamiki języka oraz mody i otwartości społeczeństwa na nowe wyrażenia itp.), natomiast desygnaty tych wyrazów pozostały, np.: rejent, kapiszon, sawantka, kołchoźnik (w znaczeniu głośnika), bumelant, ogacić, holendrować, olej skalny, stos pacierzowy czy zielony prorok. Istnieją również wyrażenia, których pierwotny sens zszedł na plan dalszy, zaś ich wtórne znaczenie wybiło się na plan pierwszy (…)” (s. 7).

Już w trakcie czytania „Zapomnianych słów z PRL-u…” zaczęłam zastanawiać się nad tym, w jaki sposób przybliżyć czytelnikom tę książkę. Rozważałam różne opcje, między innymi drobiazgowy opis poszczególnych jej części. Ów pomysł szybko porzuciłam. Stało się dla mnie jasne, że na taką charakterystykę dzieło jest za obszerne, ponieważ składa się aż z dwunastu rozdziałów, a materiał leksykalno-frazeologiczny w nim zawarty okazuje się bogaty i zarazem różnorodny. Sądzę też, że dla odbiorcy niniejszego omówienia wywód byłby zbyt długi, przez co nużący. Ostatecznie uznałam, że najlepszą zachętę do lektury stanowić będzie przytoczenie wybranych losowo z kolejnych partii pracy przykładów-haseł. Takie rozwiązanie wydaje się najbardziej przejrzyste, dodatkowo w czytelniku rozbudza ciekawość – musi on faktycznie zajrzeć do książki, jeśli chce poznać znaczenie podanych jednostek leksykalnych.

(...)
Jeśli miałabym sformułować jakieś uwagi krytyczne, to na pewno zarzuciłabym autorowi powoływanie się na mocno anachroniczne słowniki normatywne. Mam na myśli trzy opracowania leksykograficzne, tj.: „Słownik poprawnej polszczyzny” autorstwa Stanisława Szobera (wydanie z 1958 roku), „Słownik poprawnej polszczyzny” pod redakcją Witolda Doroszewskiego i Haliny Kurkowskiej (wydanie z 1980 roku) oraz „Słownik ortograficzny języka polskiego wraz z zasadami pisowni i interpunkcji” w opracowaniu naukowym Mieczysława Szymczaka (wydanie z 1981 roku). Notabene opisy bibliograficzne tych dzieł są pełne usterek (por. skrócony tytuł leksykonu opracowanego przez Szymczaka, brak nazwiska współredaktorki słownika poprawnościowego, błędna data wydania leksykonu Szobera). Ponadto wykorzystana w pracy bibliografia jest dość skromna, co więcej – nie ujęto w niej wszystkich pozycji, które autor w książce wymienia (brak leksykonu Samuela Bogusława Lindego czy tzw. „Słownika warszawskiego”, por. hasło Bykowe, s. 115). Dodam na marginesie, że dzieło Szobera jest przedwojenne, zostało wydane w 1937 roku, a jego pierwotny tytuł brzmiał „Słownik ortoepiczny. Jak mówić i pisać po polsku”. Pod koniec lat 50. XX wieku słownik wznowiono, dokonując w nim niezbędnych uaktualnień, ale nadano mu inny, bardziej nośny nagłówek, czyli właśnie „Słownik poprawnej polszczyzny”. Z kolei leksykon redagowany przez dwojga językoznawców miał pierwsze wydanie w 1973 roku, a słownik zawierający prawidła ortograficzne ukazał się w roku 1975. Nie sposób więc zaprzeczyć, że wymienione opracowania mają we współczesności wartość wyłącznie historyczną.

Opieranie się na starych źródłach leksykalnych niewątpliwie rzutuje na interpretację materiału leksykalnego. Z łatwością można podważyć ustalenia autora co do żywotności niektórych słów (choć przyznam, że w większości językowe diagnozy zawarte w książce są trafne). Oto kilka przykładów. Czekierda pisze, że słowo bibosz „wyzionęło ducha” (s. 218), naganka „została zagoniona w sidła i tam zginęła” (s. 227), poliszynel to określenie obecnie „obumarłe” (s. 231), a formy uwiadomić, uwiadomienie „W słowniku Doroszewskiego (1980) (…) nie pojawiają się” (s.238). Okazuje się, że omawiane wyrazy w nowszych leksykonach wciąż są notowane, ale opatrzone zostały odpowiednimi kwalifikatorami, informującymi o ich nacechowaniu czy ograniczonym zakresie użycia. „Uniwersalny słownik języka polskiego” pod redakcją Stanisława Dubisza (2003) podaje, że bibosz to wyraz obecnie przestarzały, naganka jest używana w środowisku łowieckim, poliszynel jest słowem występującym z kwalifikacją: literacki, teatralny, a czasownik uwiadomić – uwiadamiać (też rzeczownik uwiadomienie) należy do słownictwa erudycyjnego.

Nie nazwałabym też omawianej książki typowym leksykonem – celowo zresztą unikałam tej nazwy w stosunku do „Zapomnianych słów z PRL-u…”. Słowniki, również te o układzie rzeczowym, cechują się znacznie większym porządkiem w zakresie hasłowania jednostek języka. Tymczasem w publikacji hasła przybierają rozmaitą formę: są to albo pojedyncze słowa, np.: staliniec (s. 81), koromysło (s. 94), wysokopartyjny (s. 184), albo wielowyrazowe konstrukcje (wyrażenia, zestawienia językowe), np.: maszyna do szycia na korbkę (s. 71), bananowa młodzież (s. 108), bar mleczny (s. 109), na nice (s. 227), albo skrótowce, co oczywiście nie jest regułą, np.: PPR, PPS (s. 176), Ludowe Wojsko Polskie – LWP (wybrane hasła) (s. 162), Radio Wolna Europa (RWE) (s. 191). Bywa i tak, że niektóre hasła mają bardziej rozbudowaną postać, ponieważ składają się z ciągu synonimicznych jednostek, por. Najsampierw, nasampierw, najpierwej, najprzód, nasamprzód, wprzód (w znaczeniu czasowym), wprzódy (s. 227), leksemu i sloganu propagandowego lub popularnego powiedzenia, por.: Tysiąclatki, „Tysiąc szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego” (s. 27), Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy (s. 116), a nawet stanowią swoistą minicharakterystykę desygnatów, por. Wygasłe style i techniki sportowe: w skoku wzwyż – nożycowy i przerzutowy, w skokach narciarskich – z rękami wysuniętymi do przodu oraz z nartami równolegle ułożonymi (s. 36).

Dyskusyjne jest też rozmieszczenie w publikacji materiału leksykalno-frazeologicznego. Niejednokrotnie miałam obiekcje, czy dane hasło aby na pewno znajduje się we właściwym miejscu książki. Mowa między innymi o leksemach: dynamówki, atramentówki, które przynależą do części traktującej o modzie (rozdział pierwszy), choć z powodzeniem mogłyby zostać umieszczone w partii opisującej peerelowski sport i akcesoria z nim związane (rozdział trzeci). Podobne wątpliwości miałam wobec słów: dzieża, kmieć, które zawarto w rozdziale „Zaorane rolnictwo”, a pasują one doskonale do części „Wyrazy zgrzybiałe”. Brak ostrych granic w układzie materiału wytłumaczyć można tylko jego ogromem.

Na zakończenie chciałabym podkreślić, że omawianą książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością. Na uwagę zasługują niezwykle oryginalne i pełne ekspresji sformułowania stosowane wobec charakteryzowanych form językowych. Zapadają one głęboko w pamięć. Jestem przekonana, że niektóre określenia autora przejdą do historii. Oto wybrane przykłady: „Wdechowiec odszedł na wieczny spoczynek (…)” (hasło: Wdechowiec, s. 129), „Słowo odeszło w czeluść językowego hadesu” (hasło: Forytować, s. 220), „Słowo w stadium zaniku, niemal odleciało już w zaświaty” (hasło: Kancelista, s. 222), „Słowa te mają się marnie, powiedziałbym nawet, że ledwo zipią” (hasło: Kum, kumoter, s. 224) „Współcześnie słowo to w żywym języku polskim ma się już bardzo kiepsko” (hasło: Numerowy, s. 229), „Współcześnie słowo skansenowe” (hasło: Pobożyć, bożyć, s. 231)„Słowo konające” (hasło: Prześlepić, s. 232), „Wyrażenia znajdują się już na łodzi Charona, który wolniutko przewozi je przez Styks do Hadesu” (hasło: Sałata, sałaciarz, s. 233), „Słowo jeszcze nie zbutwiałe, ale jest w stanie powolnego rozkładu, używane coraz rzadziej” (hasło: Serwus, s. 233), „Określenie odeszło na łono Abrahama. Amen” (hasło: Stos pacierzowy, s. 235), „Już na pierwszy rzut oka widać i czuć, że słowa te pachną staroświecczyzną (hasło: Uwiadomić, uwiadomienie, s. 238).

Uważam, że każdy powinien sięgnąć po „Zapomniane słowa z PRL-u…”. Nie tylko dlatego, że jest to barwna opowieść o minionych realiach i odchodzących do językowego lamusa nazwach, ale z uwagi na fakt, iż dzieło ma wartość przede wszystkim edukacyjną i dokumentacyjną. Zresztą kiedy czyta się książkę Czekierdy, można odnieść wrażenie, że wespół z autorem – naszym przewodnikiem – zwiedzamy muzeum języka polskiego. Poszczególne rozdziały pracy są niczym muzealne sale, a nazwy w nich zawarte jak ciekawe eksponaty. Można nawet powiedzieć, że autor wstrzymał dla czytelników czas.

http://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=379&artykul=7516&kat=15

Tytuły powiązane:

Jeść!!!

Jerzy Bralczyk

2014

W drogę!!!

Jerzy Bralczyk

2016

aktualności

Maria Anna Potocka "150 lat malarstwa polskiego" spotkanie autorskie 12 grudnia 2019r

Wydawnictwo BOSZ oraz MOCAK Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie / Museum of Contemporary Art zapraszają na spotkanie promujące...

> więcej

Zapowiedzi zobacz wszystkie

„Piłsudski” to kolejny po „Paderewskim” i „Mościckim” tom w serii poświęconej wybitnym politykom II...

> więcej

Wybór najważniejszych prac malarskich Józefa Pankiewicza, którego dzieła znajdują się w największych polskich...

> więcej

«powrót